Komórki to cudowne urządzenia

Łucja jest w Szwajcarii. Po drodze oglądali jakieś wodospady w Niemczech, a na zdjęciach mam migawki, które trudno mi zlokalizować. Muzea, zamki, góry i ulice. Jedzenie i butelki z napojami. Tęcza i pazy. Kabriolety fotografowane z góry siedzącego w autobusie i filmiki oprowadzające nas po kolejnym motelowym pokoju. W każdym z nich podpina się do wi-fi ściągaa kolejne odcinki Desparate Housewifes, które aktualnie ogląda i zasypia wtulona w długiego pluszaka kota oraz t-shirt ukochanego, w którym TEN spał przez tydzień (wiem, obrzydliwe). Mają być w fabryce Pateka, ale nie będę wymuszać by kupiła matce ZEGAREK, co to matka do go nie ma, bo a) wiem ile ma kasy, b)wiem, że już zaszalała w sklepie Brandy Melville, gdyż Polsce go NIE ma, a jest jej obsesją. Genewa cudowna, Bazylia taka sobie. Diabli, który z nią rozmawiał wyjaśniał, że chyba Bazylea, nie Bazylia, ale nie specjalnie ją nowa wersja zainteresowała.

Lila w tym czasie odbyła rehaba za nią (rehabilitant rozpaczał, że one są ZUPEŁNIE inne i TA jest ZUPEŁNIE nie rozciągnięta) oraz korki z matmy. Lilka trochę marudziła, że te drugie nie były potrzebne, ale wczoraj pisała poprawę i poszło DOBRZE. W planach do zrobienia do przyjazdu Ł, są też zakupy cukierkowe na Halloween.