
Ładna nam się zrobiła jesień, ba mówią, że nie będzie zima taka mroźna, więc zaplanowaliśmy sobie górę atrakcji! Szczerze, to trochę mi marudzą, że NUDNO tak na tygodniu. Że rutyna i monotonia i może by tak coś zrobić? No więc postarałam się, by było co robić! 🙂
- Wpierw zabrałam na grzyby! Niestety znowu NIC
Tzn. wymyśliłam takie lasy niedaleko niedużej rzeki, które podobno grzybami stoją i WIDZIAŁYŚMY z Lutką TEN grzybny las, ale musiałyśmy obejść jakiś staw i po godzinie obchodzenia go Mieszko zaczął marudzić, więc zawróciliśmy do auta… No ale cdn. Nie było z nami Łucji, która pojechała z Matim na jakieś trampoliny, za to zabrała się z nami babcia. Fotka wyżej – jako dowód, że udał nam się przynajmniej PIĘKNY spacer! Btw. w sumie to JEST pewna tendencja wzrostowa, bo udało się znaleźć CZTERY grzyby, no ale zaczekajcie aż pojedziemy KOLEJNYM razem (Hold my beer)
- W drugiej części dnia zabrałam już całą ekipę (bez dziadków, za to z Matim) na Festiwal Przemiany. To taka impreza, która się ZRESZTĄ młodzieży spodobała, na której pokazują ścieżki którymi może podążyć ludzkość… Kiedyś była edycja o kuchni opartej na owadach, a w tym roku owady (ich skupiska) też były, ale było więcej o człowieku, emocjach i o tym jak wyżywić miasta. Fajne, do powtórzenia za rok! Off-topowo przy okazji żywienia polecam Wam ten podcast z antropolog żywienia (ależ to ciekawa specjalizacja!), która mówi niezłe zdanie: „Schabowy, który nam się tak NIE podoba, był w PRL-u daniem aspiracyjnym”.








