Przyszło mi do głowy, że czerwiec to taki letni listopad. W listopadzie, gdy temperatura spada do 10 stopni, chodzimy i drżymy, że JAK ZIMNO! W lutym te 10 stopni odbieramy jako ocieplenie… Teraz te 20-23 to upał NIE do wytrzymania. Klei się do mnie ubranie, jeść mi się z tego gorąca nie chce, a śpi się koszmarnie. Dziś w nocy przyszło do mnie któreś dziecko… Nie wiem które, bo głosy mają podobne, a jeszcze nie robiłam przesłuchania KTO się odważył? Przyszło i marudziło, że jest mu za gorąco, chce mu się pić i nie może spać. I je spławiłam. Powiedziałam coś w stylu: Musisz sobie poradzić. Ja śpię. Wydaje mi się, że to był Mieszko?? Jakby nie było, ja wstaję o szóstej, więc w nocy NIE poszłam do kuchni, żeby nalać tej wody… Tak wiem, złe to było 🙂
WEEKEND. Jutro rano dzieci mają zajęcia. Strasznie się z tego cieszę, to takie warsztaty techniczne i chociaż pewnie będą w maseczkach, to od półtora roku na niczym takim nie były. Chcę RÓWNIEŻ wpaść do Łucji (wracając ze szkoły zajrzałam do outletu i panny mają nowe biustonosze – podrzucę jej te JEJ) i potem to chyba już nic NIE nie mam do roboty? Może pomaluję sobie paznokcie u nóg?? Chętnie bym zajrzała do ogrodniczego (trawę w tym tygodniu JUŻ skosiłam) po środek na ślimaki, ale w weekendy, jak nie muszę, to do sklepów nie zaglądam. We wtorek tam pojadę! Ach, no i mam przepiękne i pachnące róże przed domem. Wróciłam DZIŚ do domu, a tu nagle WSZYSTKIE zakwitły! PIĘKNIE!!!

