Środa nam wyszła ekstremalna. Uff… Ale już wieczór, zaraz kąpię Lilkę, bo ona na nogach od szóstej (przed lekcjami miała kolejną poprawę) i ja chyba też zakończę na dziś dzień. Jakby nie było wróciłam o 16-stej i od razu wsiadłyśmy w auto, bo panna miała laryngologa. Tyle dobrego, że byłam cała mokra i stwierdziłam, że olewam, zmywam makijaż, bo mnie to postawi na nogi i nakładam KRÓTKIE spodenki. Lans na brzydotę i realizm. Sami rozumiecie, taki mamy teraz trend. Ale szczerze? BYŁO od razu lepiej: ten obklejający moją twarz kurz był energiochłonny, a z gołymi nogami poczułam się rześko. Btw. Wizyta u lekarza dobrze. Miałyśmy wyniki z badań zrobionych po drodze i słuch panna ma dobry. Zapytałam więc: CO ILE mam się stawiać z nią na kontrolę, biorąc pod uwagę, problemy ze słuchem, które miała jako dziecko i dok powiedział, żeby przybywać na wizytę co roku. Czyli w grafik przeglądów lekarskich Lilki wrzucam po prostu laryngologa. Oks.
Jutro rano jadę do Łucji: w czwartki dowożę jej sałatki, a na ciepło będzie miała fasolkę szparagową i młode ziemniaczki. Mam też dla niej krótkie spodenki, bo też jej gorąco. Czeka na mnie górka prasowania, ale to już jutro… Słabo jestem zmotywowana, bo NIE mam co oglądać przy tym… Chyba wygra jakiś kolejny dokument!

