To co lubię w zimie to ciemne noce. Rozmawiałam ostatnio na psim spacerze z jednym gościem o zmianie czasu. I on mówi, że i tak wstaje wcześniej, bo dziecko go budzi. Ale ja TEŻ wstaję teraz wcześniej. Wczoraj nie nastawiłam budzika, a i tak obudziłam się o szóstej… Buuu… SAMA z SIEBIE!
Dzień roboczy. Dwie lekcje zdalne, a pomiędzy nimi rynek (mamy fazę na jabłka i gruszki, a tylko stamtąd są dobre), krawcowa (Łucja rozwaliła suwak w swoich ulubionych spodniach) i poczta (awiza i jakiś klamot do nadania z ciuchami). Wietrzy się pościel, zaraz poćwiczę z Mieszkiem nazwy miesięcy po angielsku, bo położył sprawdzian, a potem będę dręczyła Lilkę, bo zaległości TYLKO rosną (dziś napisał dla odmiany pan od niemieckiego). Na HBO polecam dokument Allen contra Farrow, bo miałam taką filmową posuchę i to jest świetne. 1 kwietnia puszczają najnowszą Wonder Woman, a za kilka dni Liga Sprawiedliwości. Będziemy oglądać! 😀
Pokażę Wam jabłka z rynku… Przede mną był gość z kucykiem na czubku głowy i kupował jabłka. Te co ja. I sprzedawca się go zapytał, których chce: takich większych (droższych), czy mniejszych. A on na to, że potrzebuje do smoothie i wszystko mu jedno. Te, które mu gorzej schodzą. A sprzedawca na to, że on mu pokaże jabłka z królewskiego kwiatu. Tak na to mówią, jak takie wielkie urosną. I były WIELKIE! Większe od dużego grejpfruta…. Ten gość wziął jedno takie jabłko, a potem ja też wzięłam takie! Niżej macie Lilkę. W jednej ręce trzyma duże jabłko ze skrzyni z dużymi jabłkami. A w drugiej to królewskie! Niezłe, nie? Już je zresztą zjedliśmy 🙂

