Zaczipowana!

  • Czujesz taki metaliczny smak w ustach? Nie wiem czy to prawidłowe… – zapytała mnie znajoma ze szkoły siedząca obok w poczekalni.
  • Nie. Ale przed przyjściem zjadłam kebaba. Czuję DUŻO cebulki 🙂

Zaszczepiłam się! Szkoła zrobiła zapisy i wpisałam się, a JUŻ w sobotę wieczorem przyszedł esemes z godziną i datą (na DZIŚ!!!). Strasznie miałam dużo obaw… Po pierwsze czy jest mi to potrzebne? W życiu nie chorowałam na grypę, więc kto powiedział, że w ogóle zachoruję? Po drugie: nauczycieli szczepią szczepionką uważaną za gorszą. A po trzecie: zwyczajnie się bałam. Z drugiej strony NIE chcę zachorować. Nie chcę mieć kwarantanny: kto ogarnie wtedy dzieci, psa i zakupy? Znane mi osoby, które zachorowały w ciągu ostatnich dwóch miesięcy przechodziły to źle. Znikają na miesiąc rozłożeni choróbskiem, a węch i smak wracają z jeszcze większym opóźnieniem. Czyli przez miesiąc wypadała by mi szkoła i zarobek. Plus ponowny problem: jak zająć się dziećmi gdybym NIE była w stanie się ruszyć?

Na szczepienie poszłam PO moich zajęciach. Zjadłam wcześniej kebsa (wybitnego koło szkoły serwują) i zasiadłam z wypełnioną ankietą w poczekalni. Gdybym miała na coś narzekać, to KOLEJNYM razem (druga dawka 26 kwietnia) zabiorę MOJE igły. Mam igły i strzykawki, które dostaję wraz z moim preparatem do odczulania i są to premium produkty. Żadne siniaki po tym nie zostają. A te: poczułam się jakby w konia wbijano. Nawet pielęgniarka mówiła, że igły do tego dołączają straszne. Ponadto na dobranoc mam na wszelki wypadek wziąć coś na grypę… ALE CIESZĘ się, że to zrobiłam! BARDZO się cieszę!