Czyli do „piąteczku”…

Zaczynam rozumieć o co chodzi z tym urlopem i weekendami… Jako człowiek, który do tej pory pracował zrywami, żyłam w trybie radosnego kultu PRACY, wywoływanego nagłym zleceniem. Czasem wypadało ono w piątek, albo w wakacje, lecz nie miało to znaczenia. Ważne, że się pojawiało i wtedy wszystko przestawało być ważne!… A tu, tym razem, przypomniały mi się czasy szkolne. Koniec laby, czas do roboty. I to tak przez kilka miesięcy… Jutro rano ja odpalam lekcję zdalną z klasą szóstą, Mieszko idzie do szkoły, ja kończę lekcję, wsiadam w auto i jadę na resztę zajęć z klasami 1-3… Razem z Mieszkiem lekcje zaczynają panny, chociaż one przed komputerami… W tej sytuacji liczę na to otwarcie szkół dla wszystkich pod koniec stycznia. Panny mają ochotę na szkolne Walentynki, no a przez te komputery to nic się nie uda. No i mi w sumie zrobi się łatwiej, jak będę mieć wszystkich w szkole na miejscu.

LECZ nie marudźmy! Zimę mamy niesłychaną, mrozy siarczyste, klamka w drzwiach wejściowych pali w ręce, a dla odmiany w moim aucie otwierają się TYLKO drzwi kierowcy. Chwilę jeździliśmy dziś i wczoraj, ale nie puściło. Spryskiwacz zamarzł (nie płyn, tylko oblodził się ten kanalik spryskiwacza), a benzynę nalałam 98, żeby zrobić autku jakiś prezent. Lilka nie bacząc na te -17-ście poszła dziś z koleżanką na SANKI i dzieciaków na górce nie brakowało! Ach, no i przekopując zimowe czapy znalazłam USZANKĘ. Mam ich kilka okazuje się, ale ODWAGĘ do noszenia, mam w tym domu wyłącznie ja… No i powiem Wam, że TAKI przychlast jaki się robi po uszance, nie zrobi się WAM po ŻADNEJ innej czapce…

Mamy z Łucją takie same spodnie 😉 A że cena była dobra, na tej redukcji wyprzedaży, to takie same też kupiliśmy babci… Teraz tylko musimy pilnować, żeby TEGO samego dnia nie zakładać, ale jak widać, NIE wychodzi nam to…