
Trochę inne plany związane z domem miałam na styczeń, ale jak to w życiu bywa, życie życiem, a plany planami. Jakby nie było musiałam doposażyć sprzęt do ćwiczeń dla Łucji. Strefa przedkominkiem, która składała się do tej pory z lustra na ścianie, piłki, równoważni i jeżyka powinna być zasilona w długi 90-centymetrowy roler i taboret, na którym panna robi ćwiczenia z taśmą. No i okazało się, że TABORETU w domu NIE mamy… Mamy krzesła, siedziska, niską drabinkę, ale taboretu НЕТ! Pojechaliśmy więc do sklepu, gdzie kupujemy zawsze meble, które potem trzeba skręcić samemu i taboret nie tylko już mamy, a nawet go już skręciłam! A przy okazji doszła SŁOMKOWA lampa, która jest małą styczniową zmianą. Bo była sobie lampa szmaciana. WCZEŚNIEJ. I lubiłam ją, tylko ona miała już ze 20 lat. U góry była wypłowiała, no i plany by ją zmienić były od dawna… Raz już nawet kupiłam kolejną szmacianą, ale okazało się, że to lampa z baterią słoneczną do ogródka, więc dalej nie miałam… NOWA wisi krzywo. WIEM. Muszę pomyśleć jak ją zawiesić by było prosto, lecz na razie będzie tak! 🙂


To wyżej to before, a niżej WERSJA NAJNOWSZA!


Z innej beczki zrobiłam dziś test makijażowy i pomalowałam TYLKO górę twarzy. I nie działa. Czasowo wychodzi TYLE samo, a odchodząc od lustra wydawało mi się, że JESTEM nie pomalowana. Jakoś tak kombinowałam, że skoro cały dzień w maseczce to może można tak, to chociaż od środka jej nie wyświnię, ale korzyść zerowa! Taki eksperyment, który w sumie odradzam 😀
