
Idzie czy NIE, ta zima? Jakoś w przyszły weekend ma być to uderzenie max, więc MAMY już sanki przywiezione od dziadków! Zaginęło nam kółko do zjazdów i tak się gryzę czy zamawiać czy będziemy jakby co zjeżdżać na deskach do pływania? Bo to w sumie podobne… Tymczasem przyszła faktura ze energię… Bałam się jej, bo widziałam w słupkach zużycia energii, że TO, że siedzimy w domu to się odbija. Grzejemy, oglądamy telewizję i świecimy. Mniej zdecydowanie gotujemy niż rok temu o tej porze, ale winne temu pandemiczne znużenie. Dziś na porannym bieganiu nikt nawet nie miał pary na small-talki, bo ile w tej izolacji można? Żeby ruszyły normalne parkruny, to by byśmy mogli robić i urodziny i święta, a tak to wszyscy tacy jesteśmy w wersji minimum…
ZA TO, wracając, zatrzymałam się w piekarni i przywiozłam dzieciom dróżdżówki i rogaliki! Podałam na tacy to łóżka i teraz mam… bazylion okruszków i wizję odkurzania 😀 Jak człowiek umie sobie znaleźć robotę, to sobie zawsze znajdzie!

