Śmieliśmy się dziś na porannym bieganiu, że sprzedawca jemioły, to chyba najlepszy zawód świata… Każdy klient się wykłóca, że jego ma być NAJDORODNIEJSZA. „Tylko Pan mi tych owocków nie wytrząsa, bo pieniądze to od nich!„. Jemioła już wisi, a plan na dziś to ubieranie choinki! Zamówiliśmy w cukierni ciasta -> dylemat był czy zestaw Rudolf, czy zestaw Elf, ale wygrał ten mniejszy… Za to domówiłam jednego makowca extra (za to z białym makiem). Podskoczyłam też z Lilką i Mieszkiem do sklepu, bo WCZORAJ zaczęły się wyprzedaże. Sklepy mając przed sobą widmo zamknięcia wystartowały w tym roku z przecenami wcześniej. Btw. w galeriach cały czas pusto! Z Lilką wybrałyśmy też CO dostaną zwierzaki i jak patrzyłam na innych to naprawdę sporej ilości dorosłym pomagają dzieci (w wyborze prezentów np. dla rodzeństwa).
Ciasta odfajkowene (odbiór 24-go w samo południe), dziś ubieramy choinkę i na mnie czeka górka prania. Nie wiem co z obiadem – zjedliśmy po indyjskim placku w tej galerii i w sumie jeść MI się nie chce. Powiedziałam Lilianie, że nie życzę sobie w JEJ biografii (TEJ WYDANEJ po latach, gdy będzie już SŁAWNA) fragmentów, że w domu NIGDY nie było jedzenia, ale nie wiem czy przypadkiem NIE oznacza to, że dziś jeszcze muszę zrobić jakiś „obiad”…
Pokażę Wam fragment „GRUPY Z MAMĄ”. Ja NIC nie rozumiem z TYCH ICH rozmów!!! Ale tło NAM ustawili świąteczne! 😀

