Wtorek 13-go

Rano wyjechałam na siłownię i zorientowałam się, że zapomniałam wody…

Wychodziłam z siłowni i w aucie zorientowałam się, że zostawiłam tam telefon (wróciłam).

Potem pojechałam do przychodni (ruszam doroczny przegląd- zapisałam się na cytologię) i zostawiłam tam parasolkę.

Zorientowałam się, że jej nie mam, gdy dojechałam na rynek, ale że było późno, pomyślałam, że wrócę po nią za chwilę, bo mi wszyscy się rozjadą i NIC nie kupię!

Gdy dochodziłam do pierwszych sprzedawców odkryłam, że nie mam maseczki, ale naciągnęłam golf i szybko te kilka jabłek i gruszek kupiłam!

Kiedy już wróciłam po parasolkę do przychodni i wsiadłam do auta doszłam do wniosku, że WRACAM do domu i NIC już DZIŚ nie robię! Tym bardziej, że dziś wtorek-13-go, czyli najbardziej pechowy dzień wg Hiszpanów 😉 Btw. Lilkę miałam w domu, bo podziębiona, więc w sumie i tak możliwości nie było za wiele!

Z sukcesów udało mi się natomiast ciasto. Nic mi ostatnio NIE wychodziły i nawet gdy byłam z Mieszkiem w cukierni i dali nam porcję degustacyjną nowego sernika (jak wygląda taki prestiż macie na fotce niżej) postanowiłam, że w TYM roku na święta kupuję… Ale dzisiejsze się udało!!! Zrobiłam z ciasta filo, z gruszkami na środkowej warstwie podlanymi śmietanką z cukrem trzcinowym i minimalną ilością likieru kawowego. Takie ciężkie, słodkie i mokre. I na ciepło zeszło nam błyskawicznie! 🙂