polne zbieractwo

Na spacerze z Bibi mijam orzecha. I co przechodzę, to z tej ziemi zgarniam TO co spadło. Większość orzechów, często w czarno-zielonych łupinkach, spada na nieużywaną działkę, gdzie czasem zbiera je właściciel… LECZ tym co spada POZA płot nikt się nie przejmuje – i zbieram JA! Zbierałam już rok temu i używałam tych orzechów do ciast. Mijam RÓWNIEŻ pigwę. Nieźle obrodził mój domowy krzaczek, ale ta, którą mijam to ta szlachetniejsza w wersji drzewo. I też zbieram! Wczoraj przystąpiłam do przerabiania pierwszej partii i będzie to CHYBA jedyny tegoroczny przetwóR… Marzą mi się jeszcze grzyby w październiku, ale ja je zamrażam.

Dziś dzień wolny, nigdzie NIE wychodzę, NIC nie załatwiam, BO do zrobienia w domu mam sporo… Na pierwszy ogień wezmę część najprzyjemniejszą, czyli przerzucanie odzieży u dzieci. Chowam letnie spodenki, sukienki i t-shirty (te, które są nowe i z ZAPASEM), a wyciągam sweterki i cieplejsze spodnie!

Mieszko ma dziś pierwsze w tym roku pianino, Łucja poszła do szkoły, tylko na dwie lekcje ze sprawdzianami, bo źle się w nocy czuła (podejrzewam, że w tym roku, żadne dziecko nie będzie miało 100% frekwencji, bo rodzice reagują tak trochę na zapas), czyli tej wolności za bardzo dziś nie doświadczę…

Zasypana już cukrem pigwa puszcza soki. btw. w tle mój NOWY piękny czajnik!