
Najpóźniej wracam w poniedziałki. Jestem w domu po 15-stej i teoretycznie dzieci powinny już być. Łucji nie było, bo poszła gdzieś z koleżankami, Lila właśnie wyszła z Bibi, a od Mieszka wychodził kolega. Dawno temu do mojego brata przyszedł kumpel (poznałam tę historię od tego właśnie kumpla, dopiero jakieś dwa lata temu) z WÓDKĄ. I mówi do mojego braciszka: Skombinuj jakąś popitkę. Ten wyszedł z pokoju i wrócił po chwili z dzbankiem herbaty :DDDD No więc, mam wrażenie, że Mieszko będzie taki sam. Chłopcy siedzieli z telefonami, potem wypuścili Miaustrę, potem za Miaustrą poleciała Bibi i oni ją łapali i ogólnie spędzili czas wspaniale, nie zwracając na chaos wokół.
Niemniej jednak weszłam do domu i przyszedł esemes. Z voucherem do sklepu meblowego. W nagrodę, że podczas pandemii zrobiłam u nich zakupy. Weszłam na regulamin, bo sądziłam, że to taki trik typu: zamów kuchnię i odbierz voucher, ale okazało się, że NIE! Natomiast od momentu aktywacji vouchera do czasu jego realizacji miałam 48h… Nie wiedziałam, czy przypadkiem go już NIE aktywowałam, jutro mam zebranie w szkole, więc gdy panny wróciły zapytałam: Chcecie jechać na klopsiki? CHCIAŁY, więc pojechaliśmy!
- Jaką lekcję wyciągnęliście z dzisiejszej wycieczki? Liliana?
- Że nie możemy jeździć wspólnie, bo chcemy wszystko kupić!
- NIE. To NIE jest złe, że tyle rzeczy nam się podoba. Powinniście dostrzec, że jeżeli kupicie sobie RAKA, to musicie zlokalizować szczypczyki do zgniatania pancerzyka.
- Dlatego lepiej wziąć klopsiki!
- Kiedy ja miałam ochotę na tego raka!
- A teraz wieziesz go w torebce do domu, bo 4,99 nie może się zmarnować!
- I JAKOŚ w domu go ZJEM!!!
