i szumią knieje

MY – dziś -pojechaliśmy na ognisko!!! Strasznie duże towarzyskie zaległości nam się porobiły przez ten rok i jest co nadganiać. Niby nie było jakoś bardzo daleko, ale były już pagórki i powiem Wam, że to jest jednak ogromna różnica w krajobrazie. U nas płasko jak na talerzu, ale chmury gdy mogą się przesuwać na różnych wysokościach, wyglądają imponująco.

Z naszej strony dostarczyliśmy gluten z naszej ulubionej gruzińskiej piekarni i ciasto. Ciasto (straciatella) robiłyśmy wczoraj z Lilianą i na ten upał jak dziś było, nie było najlepszym wyborem. Mascarpone zaczęło się rozpuszczać, a czekolada była za ciężka. Drugim falstartem był gliniany kociołek z boczkiem i słoniną. Idea była taka, że to się rozpuści (bo będzie stało w ognisku) i będzie PYSZNE. Ale przedobrzyłam, bo dodałam przyprawy i CEBULĘ. No i ta cebula się spaliła, nadając potrawie niewiarygodnie gorzki smak spalenizny. Kolejnym razem dopracuję recepturę 😉 Dzieci miały liczne towarzystwo, Bibi miała psich kompanów i zleciał nam tam CAŁY dzień!

Ach, i ten. Ugryzła mnie osa. Wfrunęła pod kwiecistą sukienkę i udziabała nad kolanem. I powiem Wam, że to też w gruncie rzeczy pozytywne. Nie pamiętam, kiedy mnie zaatakował TAKI owad i to boli. Najpierw jest czerwone, odczucie trochę słabnie, ale te kilka godzin później CAŁY czas to czuję. Bardzo prawdziwe i orzeźwiające uczucie 🙂