-„Uśpienie”… W sumie nie była to zła książka!
Wygląda na to, że parkrunów nie będzie. A na pewno NIE do końca roku. Na oficjalnych grupach parkrunowych (podejrzewam, że na całym świecie) ścierają się dwie skrajne grupki: tych, którzy chcą walczyć z wirusem całkowitą izolacją całego społeczeństwa, bo TYLKO tak doprowadzimy do końca pandemii oraz tych nadmiernie wyluzowanych, co uważają całą sytuację za światowy spisek ekonomiczny. I nie rozstrzygniemy kto ma rację, choć wszyscy chcemy TEGO samego, czyli by było tak jak WCZEŚNIEJ. Parkrun ruszył w Nowej Zelandii, ale tylko na chwilę, bo już z powrotem zamknięty. Sobotnia ekipa biegowa, w której jestem, utworzyła więc SKS-y, czyli spontaniczne klubowe spotkania i tak zamierzamy dotrwać do momentu uruchomienia oficjalnych spotkań! Na pierwszym spotkaniu, było nas jeszcze NIE dużo, ale był już jeden pies, więc Bibi była przeszczęśliwa!
<>
Moja etnograficzna ściąga podpowiada mi, że dziś DOŻYNKI, czyli „największe święto gospodarskie w rolniczym kalendarzu wegetacyjnym”, czyli czas pożegnania ze zbiorami i zaklinanie przyrody o dobre plony w kolejnym roku. Na polach zostawał ostatni snopek, który symbolicznie ścinał gospodarz, a potem zaczynała się gościna, nazywana pępkowym, czyli uczta dla żeńców (tych, którzy pracowali). Był wieniec dożynkowy z jabłkami, jarzębiną, a czasem nawet żywym ptakiem (kogutem!) i korowód. Na tę okoliczność wyszłam do ogródka dziadków (bo od wczoraj u nich siedzę) i przez dobry kwadrans ogołacałam krzewy z borówką 😀
Na dożynkowy deser wrzucam Wam Bibsa! Poranne ujęcie jest na kanapie, gdzie spędziłyśmy noc… Dziadki są netflixowe, więc nadganiam Dark-a! Widzicie PRAWDZIWĄ (nie-pozowaną) Bibi. Bibi, która stała się kobietą. Pupa urosła, stała się trochę niezgrabna i z całą pewnością mniej filigranowa niż kiedyś 🙂 Ale cały czas bardzo piękna!

