Dziwny jest ten Montessori. Wiele rzeczy jest genialnych i skutecznych. Nauka pisania, bez mozolnego robienia ślimaczków i przepisywania całych stron. Nauczyciel ma prawo nie wiedzieć, uczniom się nie podpowiada (mają znaleźć sami rozwiązanie) i w żaden sposób nie podgania (równanie mogą robić cały dzień). Można pokazać jak coś wykonać… Albo matematyka. To, że 1-szo klasiści robią działania na dużych (4 cyfrowych liczbach) to jest niesamowite. Przekładają na drewnianych tabliczkach kulki i mówią ile to jest 323×682. Lub 2380:12. Wszystko to robią przenosząc powoli drewniane elementy, co przy okazji ćwiczy chwyt pęsetkowy. Podejrzewam, że nie ma w tej technice dzieci takich jak Lilka, które w wieku lat 12-stu cały czas trzymają długopis pięścią. Btw. panna potrafi normalnie, lecz gdy się odwrócisz przechodzi do tego co lubi… No i puzzle do geografii, które są mistrzowskie i chyba nawet takie NAM kupię…
Założycielka (Marta Montessori) wpadła na pomysł takiego nauczania w klinice psychiatrycznej i metodę początkowo przeznaczono dla dzieci w wieku lat trzy do sześciu. Szło dobrze, dlatego rozbudowano to o szkoły. Pomieszczenia są odchudzone z przedmiotów i zupełnie nie technologiczne. Niskie symetryczne regały, na których stoją (nie obok siebie – po 3 na półce) logiczne pomoce. Dzieci nie są rozproszone i zajęcia odbywają się w ciszy. Przypomina mi to co kiedyś Wam pisałam o Internecie. Gdy się pojawił, wszyscy mieliśmy startową onet lub interię i zanim dotarłeś do poczty, nie mówiąc o informacji po którą wszedłeś, wiedziałeś już jaki dekolt miała J.Lo. na Oscarach, kto z kim jest w ciąży i gdzie są najpiękniejsze plaże, których jeszcze nie znasz. Teraz na powitanie mamy wyszukiwarkę, lub pustą stronę.
Ale nie wiem, czy chciałabym żeby moje dzieci chodziły do takiego przedszkola. Widzę tą czystość przekazu i łatwość stymulowania. Tam nie ma zabawek z reklam i poklejonych obrazkami ścian. To rzeczywiście może być edukacja przeszłości? Tylko, że te powyklejane liśćmi okna (Pani Jesień), potem gwiazdki i bałwany oraz te obrazki, które tak naprawdę robią panie, a nie dzieci, są KOCHANE i urocze. Rozmawiałam o tym z Lutką, że rodzona matka NIGDY Ci tak okien nie ozdobi (chociażby dlatego, że niedawno myła 🙂 Gdy jedziesz autem i mijasz takie miejsce, to wiesz, że tam jest przedszkole. U nas było trochę na odwrót: w domu dzieci miały zabawki stymulujące (fakt, nie drewniane, bo tony plastikowych klocków) i w przedszkolu miały kontakt z tymi prawdziwymi zabawkami jak wózki dla lalek i plastikowi strażacy. Albo piórniki w tym systemie Montessori… Dzieci ich nie mają, bo za każdym razem gdy chcą coś zrobić, biorą specjalną kuwetę i wybierają z półki w pomocami TYLKO te, które będą im potrzebne. W ten sposób nie ma konfliktów, pożyczania i rywalizacji o najpiękniejsze flamastry. Ładne, ale przecież szkoła ma uczyć radzenia sobie w konfliktach, nie? I nie ma podręczników oraz kart pracy. Jak to?
Jakby by nie było wygląda na to, że od pierwszego września i ja w tym będę. Szkolenie kończy mi się w tym tygodniu (jednak), ale ta druga część BĘDZIE. Choć nie wiadomo kiedy. Może będą to wrześniowe weekendy? Placówka, która mnie CHCE, mieści się w trzech budynkach (szkoła, przedszkole i jeszcze jedna szkoła) i ja pewnie będę w obu szkołach. Tak, wiem, że jeszcze nic nie wiem. Ta jedna, w której będę na 100% ma w okolicy parking wyłącznie płatny, ale kawałek dalej, tuż pod więzieniem 😉 wyczaiłam bezpłatne miejscówki. Znalazłam też kebaba i dwie cukiernie. Luz. Dzieci do szkoły chodzą w mundurkach, a kadra jest bardzo fajna. Zupełnie nie wiem jak to wyjdzie w trakcie, więc cd refleksji z pewnością nastąpi!
