–Maria Antonina
Pojechałam rano do piekarni. Tłum… Patrzę, jak wyglądają kolejki do innych piekarni obok (tam jest kilka obok siebie) i wszędzie kolejki… I to jeszcze dłuższe. Stanęłam za gościem i się pytam:
- Dlaczego tak dużo ludzi wszędzie… Zawsze tak w piątek rano jest?
- Dzisiaj jest szczególny piątek.
- No tak! Jutro jest wolne!
- TO będą nawet DWA dni wolnego!
I tak zgodnie staliśmy dalej… Lecz podeszła jakaś babka i się zapytała:
- W TEJ piekarni jest jeszcze chleb?
- No a dlaczego ma nie być? – zaskoczyło mnie to pytanie.
- Bo w innym piekarniach zostały już tylko ciasta.
Zajrzeliśmy przez okno z tym gościem, a tam chleba już nie ma i ludzie tylko bułki kupują!
Pomyślałam więc, że sensu TO nie ma i że pewnie koło 11-stej przywiozą nowe pieczywo, a wtedy podjadę… Chleb to jednak chleb i na bułki i drożdżówki ochoty nie miałam. Refleksja tylko taka, że tak nas ten tryb pandemiczny przećwiczył, że naród w obliczu nadciągających dni BEZ zakupów zbroi się jak na wojnę… Zafrasowana ruszyłam do auta i po drodze mnie olśniło, że może uderzę do piekarni gruzińskiej! BO tam chleb puri był! Nie od razu, musiałam na niego 10 minut zaczekać, ale to jest NASZE pieczywo, na najbliższe dni 😀
A dzisiaj Łucja spotkała się z babcią! Dziewczyny poszły na kawę i urodzinowe zakupy, bo panna chciała góry (wąskie z długim rękawem) i szerokie spodnie. Już na jesień! Pogoda na to nie wskazuje, upały męczą nas dalej, ale lato dobiega końca! I zapisałam się na pierwszy jesienny bieg! Te wirtualne zupełnie mi nie pasowały i będzie to pierwszy bieg, od chyba lutego!

