- Mamo, czy dziś to Thursday? – Mieszko wybierał rano skarpetki. Ma takie od babci z dniami tygodnia.
- Nie. Dziś to Sunday.
- Ale mam tylko jedną Sunday.
- To załóż Thursday. Nie ma to znaczenia.
Czy też tak pamiętacie teraz sny? Lilka się mnie o to pytała, bo podobno wszyscy pamiętają. Wydaje mi się, że to dlatego, że budzimy się sami. I nigdzie nie gnamy. Ja dziś martwiłam się skutkami ekonomicznymi wirusa, ale na jakimś przyjęciu (wszystko w śnie) obok mnie babka opowiedziała, że upadła jej fabryka i mi zrobiło się głupio, że NIE mam fabryki 🙂 A potem pojawił się Robert Redford… Też ciekawe, bo to kolejny symbol – to mężczyzna z pragnień kobiet pokolenia mojej mamy. Zaraz zresztą jadę do dziadków – w ramach pomocy seniorom i szeroko pojętego wolontariatu. Wiozę im czipsy z batatów z kurkumą i imbirem (przygotowane do upieczenie), papryczki padroni z dużą ilością czosnku (przygotowane do usmażenia) i czekoladowe ciasto z czekoladowym ganache. Nic frykaśnego, ale rodzice w pobliżu mają same małe sklepy z tradycyjną ofertą. W zamian, przez płot, dostanę niedzielny rosołek!
<><>
Mieszko ułożył wierszyk o psie swojego kolegi. Pies to wielki wilczur o imieniu Kiełek. Ponieważ mi się podoba, to Wam go wkleję:
Zjadł Kiełek kilka igiełek
Pokaleczył sobie gardło.
Antek się zasmucił, że pieska boli w buzi.
Gdy inne psisko szczekało, to go w smutku pogrążało.
Że nie mógł odszczeknąć.
A morał z tego jest taki:
Że nie jedźcie igiełek, psiaki!
A potem się okazało,
Że Kiełek wyszedł cało!
I dla psiej równowagi Bibek w ujęciu Łucji!

