Cena nicnierobienia

No i mamy kolejne obostrzenia. Nic przerażającego, bałam się wprowadzenia limitu odległości na jaką można odejść od domu, ale tego nie ma. Zamknięte budowlane markety w sobotę to mądra decyzja, podobnie jak godziny zakupów dla seniorów. Nawet już powiedziałam rodzicom, żeby tego przestrzegali, bo nie będą musieli stać w kolejkach do sklepu, jakie się tworzą praktycznie cały dzień A to, że nieletni nie mogą wychodzić, oznacza, że na spacery z psem będę zabierać całą ekipę. Jeden publicysta, którego podczytuję napisał „…w pewnym momencie być może się okaże, że tym, co dotąd chroniło nas przed niszczycielskimi tumultami, przemocą, grabieżą marketów, chaosem i masowym szabrem nie była wcale kultura, humanitas, ewangelia czy szacunek i lęk wobec majestatu prawa, lecz po prostu działający internet„. BARDZO trafione! Polecam Wam też artykuł mojego byłego trenera. „Wirus ma cyfrowe, medialne oblicze[…] Sytuacja kwarantanny uderza w dwa najważniejsze czynniki warunkujące zdrowie/ Chcę pozostać sobą, dowiadując się, ile ode mnie faktycznie zależy.” [Linek]

Zima zimą, muza muzą, ale idą święta. Zrobiliśmy kartki! Nie wiem jak będzie z Wielkanocą, najwyżej zrobię 4 jajka sadzone i sobie je tak świątecznie zjemy, a uroczyste śniadanie przełożymy na jakieś normalniejsze czasy. LECZ kartki wysyłamy! Muszę znaleźć tylko jeszcze jakieś życzenia związane ze zdrowiem, bo takie wydają mi się w tym roku najważniejsze. Tegoroczną innowacją są rysunki akwarelowe, na które mieli ochotę Lila i Mieszko. Lila NAWET (na jednej kartce) użyła obrazek, który stworzyła sześć lat temu!

<><>

Lekcje cd. Wydrukowałam Mieszkowi meile od wychowawczyni (ona pisze listy do uczniów, gdzie tłumaczy im co mają zrobić i obejrzałam z Lilą czarno-białego „Szatana z siódmej klasy”. Dalej są jakieś prace domowe z lektury, a ona przecież NIE przeczytała. Za to czytała wczoraj razem ze mną książkę o hormonach i rozwoju endokrynologii 😉 Razem wciągnęłyśmy rozdział o hormonie wzrostu i była tym zafascynowana 😀

Coś jakby nowy tydzień

Zaczynamy kolejny poniedziałek! Dziś rano pojechałam do piekarni z Mieszkiem, bo się wczoraj rozmarzył, że chciałby drożdżówkę. I że ZAWSZE zazdrościł kolegom, którzy mają w szkole drożdżówki. Więc pojechał ze mną, żeby wybrać! Z Młodym jest akurat awaria, bo spuchło mu dziąsło. Skarżył się od kilku dni, ale zwaliłam to na karb wyrastającego zęba. Zgubiliśmy ostatnio kawałek mleczaka i tak to połączyłam. Niemniej jednak rano do sypialni wszedł wyglądając jak człowiek-słoń, z policzkiem spuchniętym jak bania. Myślałam nawet, że coś ma w ustach, ale niestety nie. Dentystę już namierzyliśmy, takiego co nas przyjmie i najprawdopodobniej będzie antybiotyk. Buuu…

Za to gdy jechaliśmy sobie po te drożdżówy to rozmawialiśmy o tym, że aż nie chce się wierzyć, że jeszcze nawet miesiąc NIE minął. Ten stan zawieszenia i ograniczeń wydaje się być od zawsze. Na początku nawet myślałam, co będzie jak się skończy, jak to odświętować, ale teraz już wydaje mi się, że to nie będzie takie oczywiste jak koniec wojny i wow bawmy się! Dzieciaki powielają szkolne plotki, że we wrześniu szkoła zacznie się od drugiego semestru. Rzeczywiście za czymś takim optowała np. Dorota Zawadzka (super niania) i ma to sens. Zapomnieć o tej szkole teraz, bo to jest nie do ogarnięcia czy ocenienia i powtórzyć wszystko. Program i tak jest przeładowany, wiec nawet jeśli coś na zapas przerobią, to może solidniej. Łucja miała dziś matematykę on-line i na żadnym kompie konferenecja się nie odpaliła. Ale za to zaskoczyła na komórce. I dobrze!

  • Wiesz mamo, tak mi głupio, bo zanim ten wirus się zaczął to Cię oszukałam.
  • Nie szkodzi Łuczku.
  • Nie chciałam pójść do szkoły i zrobiłam sobie makijaż, żeby źle wyglądać i jak mnie zobaczyłaś to powiedziałaś, że niezdrowo wyglądam.
  • Ale poszłaś?
  • Tak, w końcu tak. Ale Ciebie oszukałam.

Widzicie jaka spryciara? Co tam ściema na wysoką temperaturę nabijaną na kaloryferze! Można sobie zrobić makijaż chorobowy 😉

<><>

Poranek. Dzisiejszy. Za oknem sypie śnieżek, zimno, a na moim łóżku pole bitwy. W nogach Bibson, pod/nad kołdrą Miaustra. Kocica do mnie NIGDY nie przychodziła, za to teraz czasem rano zagląda, żeby podnieść psu ciśnienie 😉 Na pierwszym zdjęciu kot jest NA MNIE, a pies się oblizuje. Na drugim zdjęciu ręka w paszczy Bibi należy do Lili, a kot leży POD kołdrą OBOK mnie! 😀

Sunday?

  • Mamo, czy dziś to Thursday? – Mieszko wybierał rano skarpetki. Ma takie od babci z dniami tygodnia.
  • Nie. Dziś to Sunday.
  • Ale mam tylko jedną Sunday.
  • To załóż Thursday. Nie ma to znaczenia.

Czy też tak pamiętacie teraz sny? Lilka się mnie o to pytała, bo podobno wszyscy pamiętają. Wydaje mi się, że to dlatego, że budzimy się sami. I nigdzie nie gnamy. Ja dziś martwiłam się skutkami ekonomicznymi wirusa, ale na jakimś przyjęciu (wszystko w śnie) obok mnie babka opowiedziała, że upadła jej fabryka i mi zrobiło się głupio, że NIE mam fabryki 🙂 A potem pojawił się Robert Redford… Też ciekawe, bo to kolejny symbol – to mężczyzna z pragnień kobiet pokolenia mojej mamy. Zaraz zresztą jadę do dziadków – w ramach pomocy seniorom i szeroko pojętego wolontariatu. Wiozę im czipsy z batatów z kurkumą i imbirem (przygotowane do upieczenie), papryczki padroni z dużą ilością czosnku (przygotowane do usmażenia) i czekoladowe ciasto z czekoladowym ganache. Nic frykaśnego, ale rodzice w pobliżu mają same małe sklepy z tradycyjną ofertą. W zamian, przez płot, dostanę niedzielny rosołek!

<><>

Mieszko ułożył wierszyk o psie swojego kolegi. Pies to wielki wilczur o imieniu Kiełek. Ponieważ mi się podoba, to Wam go wkleję:

Zjadł Kiełek kilka igiełek

Pokaleczył sobie gardło.

Antek się zasmucił, że pieska boli w buzi.

Gdy inne psisko szczekało, to go w smutku pogrążało.

Że nie mógł odszczeknąć.

A morał z tego jest taki:

Że nie jedźcie igiełek, psiaki!

A potem się okazało,

Że Kiełek wyszedł cało!

I dla psiej równowagi Bibek w ujęciu Łucji!

Kilka godzin przed zmianą czasu

Parkruny są odwołane do końca kwietnia. Wiedzieliście jak w Brazylii gangi się wzięły za opanowanie epidemii? Niezłe. Niesamowite jest też jak próbują opanować to w Rosji. Przy wejściach do metra (to miliony dziennie przelewających się ludzi) stoją służby mundurowe i kamerami termo wizualnymi wyłapują z tłumu ludzi z gorączką i cofają ich do domu. Jak by tego było mało, wprowadzili TEŻ zakaz podróży w godzinach pik dla osób powyżej 65 roku życia. Pierwszego dnia zatrzymali i spisali „powód podróży” u 65 tys emerytów, a kolejnego dnia było ich tylko 14 tysięcy! Btw. Czy też macie wrażenie, ze seniorzy to najmniej zdyscyplinowana grupa społeczna? Tłumaczy się im, że cała ta szopka jest dla nich, a oni na to, że tyle już przeżyli i nic im nie będzie i NIE działa argument, że im szybciej to opanujemy, tym szybciej wrócimy do normalnego życia!

Real foto from Moscow

<>><<>

Lekcje cd. Zwróciliście uwagę, że we wczorajszym zdjęciach pojawiały się JABŁKA?? Po co nam taki rekwizyt w lesie?? Otóż Łucja miała zadane z plastyki wykonanie 4 rodzajów zdjęć. 1) Zdjęcie artystyczne, gdzie obok modelu będzie martwa natura, 2) zdjęcie kolażowe (z czymś doklejonym lub dorysowanym), 3) zdjęcie dokument w ujęciu asymetrycznym oraz 4) zdjęcie reklama. No to 1, 2, 3 i 4!

Modelem była Bibka, a martwą naturą JABŁKA!
„Pics Art” jako apka DOSKONAŁA, która NAS ratuje zawsze. Do pozycji Łucji (w oryginale podrzucała jabłko, które nie zmieściło się w kadrze) przymierzałyśmy też ognistą kulę, nietoperza i smoki!
„Chłopiec wieszający pranie” Normalnie NIE mamy sznurka, tylko klasik-suszarkę, ale po obu krańcach sznurka stałyśmy ja z Lilką. Zdjęcie strzeliła Łucja.
I to znowu „Pics Art”. Kombinowałyśmy z masłem orzechowym z którego unosi się DŻIN z wykrzyknikiem: „Ostatnie życzenie”, ale casting wygrało mleko migdałowe. Bo?? Bo mamy takie zupełnie ZWYCZAJNE masło i Łucja uznała, że ono się NIE nadaje by je reklamować… Btw. DZIECIAKI od „Zajączka” dostaną CHYBA amerykańskie słodycze. Dużo tego w necie, a panny marzą od masłach orzechowych z US. Oglądają seriale i mają TAKIE, które chciały by spróbować!

Dotlenienie

  • Mamo, wbił mi się CIERŃ w nogę!!!
  • Łucja, to nie Izrael, to żaden cierń, a zwykła jeżyna.

Był nam potrzebny spacer… Nawet więźniowie wychodzą na spacerniak, by się przewietrzyć! A my, żeby znaleźć pusty las, do którego można wejść, połączony na dodatek z parkiem krajobrazowym musieliśmy KAWAŁEK jechać. Ale było warto, bo powietrze było TAKIE, że zmuliło nas zaraz gdy otworzyliśmy drzwi auta. I nikogo nie spotkaliśmy! Dwie godziny łażenia i nawet w oddali, czy za płotem, nikt się nie pojawił.

U nas w sklepach jest już wdrożony system zwiększonego bezpieczeństwa. W sklepie może być określona ilość osób, więc stoi się w kolejce na zewnątrz w dużych odstępach. Wpuszcza ochraniarz, dostajesz wysterylizowany wózek, lecz zanim go dotkniesz musisz umyć ręce środkiem dezynfekującym i nałożyć rękawiczki (wszystko przy wejściu). W środku przez głośniki leci zepętlony komunikat o zachowaniu odległości, a przed kasami są krzyżyki, które pokazują w jakich miejscach masz stanąć. Wczorajsza wyprawa po oliwę do Stony, zamiast 30 minut zajęła mi przez to półtorej godziny. Procedura jest w każdym okolicznym sklepie. A gdy tam pojechaliśmy, to tam, po drodze wszystko działa normalnie. Ludzie wchodzą, pchają wózki, trzymają się na odległość, ale zagadują do siebie. Może dlatego, że tam bez przypadków pozytywnych, a u nas w powiecie już są?

Nie sądziłam, że podczas jednego spaceru można się tak oderwać od tego wszystkiego. Głowa jest czysta, a myśli są odstresowane!

Tutaj Lilka na pniu, a NIŻEJ nasz KOŃ w susie przez ten PIEŃ!!! 😀

Karateka przecina dwa pnie 😉

<><>

  • Mamo, mogę sobie zrobić napój na drogę?
  • Pewno, Łucz. Lemoniadę?
  • Nie Sussy Water. Potrzebuję świeży ogórek, imbir, tarkę do imbiru i cytrynę. I wodę mineralną.
  • Dodaj jeszcze sól i cukier. To wyjdzie taki izotonik.
  • Ale że sól????
  • Tak. Sól to URATUJE.

I rzeczywiście uratowała. Pite dużymi łykami, po takim spacerze nie było najgorsze 😉

Dzień z plackami ziemniaczanymi

Żaden szał -> siedzimy dalej w podręcznikach. Przyszło mi do głowy, że musimy gdzieś jednak wyjść, bo takie ograniczenie ruchu dla nikogo nie jest dobre. Dopóki możemy to trzeba! Łucja akurat ma kobiece dni i daaawno nie czuła się podczas nich tak źle. Zapytałam się czy pamięta jak lekko przechodziła je w sanatorium, gdzie miała 7 h ćwiczeń dziennie. Pamiętała. Przy normalnym dniu, dzieciaki w szkole dużo się jednak przemieszają. Starsze dziewczyny zawsze stalkują jakiegoś chłopaka z równoległej klasy, a młodsze się ogólnie włóczą. Tym razem od tygodnia towarzystwo właściwie leży. Odrabia lekcje z laptopem leżąc w łóżku, czasem siada do biurka albo na jedzenie do stołu. Mieszkowi wypadł ząb, ale wyjaśniłam mu, że Zębuszka nie ma jak zrobić zakupów i dopiero jak otworzą sklepy coś mu przyniesie. No i weszłam na stronę piekarni, gdzie kupowałam kiedyś mieszanki do chleba, ale oni akurat mają górkę sprzedażową i czas wysyłki to minimum dwa tygodnie! :0

Mieszko wykonał pomoc matematyczną do szkoły. Właśnie się zorientowałam, że w tej górze meili od nauczycieli (spory tłok robią meile pokrzepiające od dyrekcji szkoły i psychologów) uciekł mi meil o zadanej przyrodzie dla Mieszka. Musimy jeszcze zrobić piramidę żywienia. Dobrze, że panny sobie tego Teamsa same pilnują!

I filmik z tego jak to liczydło działa:

<><>

A i jeszcze memy. Kwitną w najlepsze 🙂 Dziś ubawił mnie Tryptyk z rodziną królewską!

Inteligentna, więc udaje drapieżną. Rozum najostrzejszym pazurem kobiety.

-Czytacie historię o Zarazku? To wspólny projekt Łukasza Orbitowskiego i Szczepana Twardocha. Piszą ją na przemian. Książka tworzona w czasach zarazy 🙂 TU link

  • Mamo, coś bym zjadła.
  • Tak śpieszyliście się do domu, a ja nic nie mam, Łucja! Na obiad mogą być placki ziemniaczane albo naleśniki. Do sklepu NIE jadę.
  • Tak.
  • Co tak? Oba? Na raz, czy któreś pierwsze?
  • Tak- naleśniki. A mamy coś do nich?
  • Są banany, ananas, mogę utrzeć dwa ostatnie jabłka… Jest jeszcze masło orzechowe?
  • Nie ma.
  • To mogę rozpuścić miód.

I znowu lekcje. Zrobiliśmy grafik spacerów z Bibi, żeby każdy się przewietrzał. Rano byłam ja z Mieszkiem, teraz idzie sama Łucja, a koło 18-stej pójdę z Lilką. A teraz piszemy z Lilką cechy powieści detektywistycznej I tak, w tej twórczej nudzie, panna włączyła sobie filtry na snapie i nas uwiecznia. Proszę, jakie ładne jesteśmy! Muszę sobie taki brokatowy beret sprawić 😉

No to mamy zakaz przemieszczania :/

Zaraz jadę po dzieci, żeby je przywieźć i do 11 kwietnia mieć je na MOJEJ głowie, a nie zwalać dziadkom. Miałam ostatnio pogadankę z Mieszkiem o wirusie. Oglądałam wywiad w wiadomościach z jedną wirusolog z Oxfordu i powiedziała ciekawą rzecz: Wirus jest pasożytem. Jego celem jest utrzymanie nosiciela przy życiu i dotarcie do jak największej ilości odbiorców. To tak jakby był istotą.

  • To będzie TO wydarzenie z Twojego życia, Mieszko, które przejdzie do historii. Ja miałam takie w życiu dwa. Stan wojenny, który pamiętam słabo, bo byłam młodsza od Ciebie, ale dziewczyny miały to w podręcznikach… Inny przypadek to 11.9, który zburzył poczucie bezpieczeństwa na świecie. W sumie to jak teraz myślę, to zamach terrorystyczny w 2001 wprowadził nas w taki stan gotowości i napięcia i teraz jest chyba nam łatwiej to przechodzić…
  • Wiesz, mamo, że są już memy o tym?
  • Jakie?
  • Że wnuczek się pyta babci, czy to prawda, że w 2020 była wojna? A babcia na to, że tak, że była wojna o papier toaletowy.
  • Ha, ha! To akurat rzeczywiście śmieszne, że papier toaletowy okazał się artykułem pierwszej potrzeby.

Wrzucę Wam kwiatki i nie mam głowy do niczego więcej. Kwiatki kupiłam w ubiegłym tygodniu z Lilką. W dużym, pustym centrum ogrodniczym. Panna miała urodziny w piątek, ale świętowanie przełożyliśmy na PO-kwarantannie. Btw. jak wiecie urodziny miała również babcia, która bardzo się wzruszyła na prezent od wnuków (torby). Z Lilą umówiły się na wspólne zakupy. Babcia nawet zaproponowała, że mogą zrobić on-line, ale Lila woli zaczekać, bo jak „pójdzie do sklepu z babcią, to pójdą też na kawę”. A Lutka się bardzo ucieszyła z takiego postawienia sprawy. W dzień urodzin Lilki pojechałyśmy tylko kupić kwiatki, które zasadziłam dziś przed domem.

<><>

Wrzucam również Bibkę z Miaustrą wygrzewające się w plamach słońca. Zaraz im dowiozę dzieci i skończy się siesta 😀

Zdalne

  • Mamo, dlaczego jak chodzę do szkoły to mam taką fatalną cerę, a teraz mam taką doskonałą?
  • Jak myślisz, Łucja?
  • Stres, nerwy?
  • Dobrze by było, ale jednak nie. Inny pomysł?

Lila się wtrąciła:

  • Bo nie jesz teraz śmieciowego żarcia, Łucja.
  • Lila ma chyba rację. Nie chodzisz po szkole do sklepu po czipsy i inne chemiczne wynalazki.

NIE przytyjemy. Zabawne memy „przed i po” kwarantannie nam NIE grożą. Je się mniej i o ile ktoś nie ma restauracyjnych zapasów na kilka lat, to szał kulinarny nas nie ogarnie, bo zawsze czegoś w domu brakuje (by wytestować nowy przepis). Gdy KIEDYŚ jeździłam na zakupy do piekarni, to kupowałam: wielki długi chleb, 3 rogaliki i dwie słodkie bułeczki. Potem przechodziłam do drugiej piekarni, gdzie mają dobre słodkie i tam kupowałam: wielką chałkę, ciasto cytrynowe i trzy polukrowane oponki. Ciast teraz NIE ma. Bo nie wiem co, ale NIE ma! Rogalików też NIE. Kupuję wiec TYLKO ten chleb. Btw. czy wiecie, że najczęściej wyszukiwanym hasłem w guglu jest: Jak zrobić chleb? Kolejne to: Jak zrobić alkohol? Nie zginiemy jako naród 😉

<><>

Wywiozłam dzieci do dziadków. ZNOWU. Tym razem do środy. Ostatnim razem dziadek robił im zajęcia z logiki. Poszło chyba średnio, ale fajnie, że takie coś wymyślił! Odrobiliśmy zadane lekcje, już schodzą co prawda kolejne, ale czas wykonana mamy DO czwartku, więc będziemy robić jak wrócą! Dwa dni temu Liliana miała zadanie domowe z Excela… Wymyślić i zrobić kalkulację szkolnej wycieczki. Ilość osób, cena, wyżywienie, dojazd, bilety wstępu. A potem JESZCZE stworzyć 10-osobową grupę, która robiła skoki w dal i utworzyć słupki z wynikami. NIE umiałam jej pomóc. Excel jest tym programem z którego nigdy nie korzystałam. Co innego gdy obie miały zadane prezentacje z biologii, bo Power Point uwielbiałam. W obu przypadkach poradziły sobie jednak beze mnie, douczając się z jutuba. Albo miała Łucja problem z fizyką… Ułożyć autorskie zadanie o przyspieszeniu i rozpisać wzór. Na szczęście w sobotę był ich tata i w tym pomógł. Duże uff, bo ONA już żaliła się, czy JA nie mogę się związać z jakimś fizykiem?

Tymczasem gdy Łucja odrabiała z Mieszkiem angielskim ja zrobiłam dwie prace z Lilką. Na angielski plakat o chorobach i zdrowiu (okazało się, że nie mamy materiałów medycznych, więc pocięłam pudełka po lekarstwach) i na polski lapbooka o „Szatanie z siódmej klasy”. Zdjęcia i filmik (zakładki z lapbooka) przesłane zostały meilem nauczycielom.

Panna taka napuszona, bo siedzi w dwóch bluzach 🙂 Na strychu, gdzie mamy strefę prac plastycznych mocno ciągnie przez szczeliny.

I to już lektura z polskiego:

I filmik. Czyta Łucja, Lila kręci, ja czasem pokazuję i raz coś tam podpowiadam:

Marzanna

Utopiliście Marzannę w tym roku? Pewnie, nie? Ja siadłam do gugiel mapy i znalazłam rzekę na poranny psi spacer. Niby nie dużą, ale ważną (nawet poeci o niej pisali)…I bardzo długą! Taką co wpada do innej rzeki, a ta inna wpada do TEJ ważnej rzeki.

Utopiliśmy więc Marzannę ZA Was! 🙂 Dzień Wagarowicza w tym NIE wyszedł, ale Hasta La Vista, zimo, czemu nie? 😀 A no, tak… Bibi chciała ją uratować… Na szczęście chwilę później znalazła patyk marzeń! Btw. Marzanna była eko ->żadnych plastików: tylko bawełna, patyki, lniany sznurek i bibuła!

GOTOWI? RZUT!!!

<><>

Chleb mi wyszedł zjadalny. Nie specjalnie urósł, jest trochę mało słony, ale ma piękny zapach 🙂 Znaczy się cdn!