Jest wystawa, o której wszyscy mówili. No, ale nie miałam JAK się tam wybrać. Malunki gołych bab z uwydatnionymi cechami płciowymi, to ani z dziećmi, ani z dziadkami, nie mogły być celem wyprawy… Lecz wtem odkryłam, że WYSTAWA lada moment się kończy! Sprawdziłam co tam się będzie jeszcze działo i bingo: miało być kuratorskie oprowadzanie z ciałopozytwności! Czyli coś co lubię!
Miriam Cahn, to artystka ze Szwajcarii, która ma w tej chwili 71 lat. Pomyślcie sobie, jak bardzo szokujące były jej prace, gdy zaczęła je tworzyć. Patriarchalna i pruderyjna Szwajcaria, a tu ktoś, kto tytułuje swoje obrazy: menstruacja, owulacja a cykl tworzenia synchronizuje ze swoim cyklem biologicznym. Odpiera ataki, że to pornografia, bo przecież TAK namalowane kobiety nie mogą nikogo podniecić. Ale w sumie to w pornografii, TEŻ nie ma za bardzo twarzy i sylwetek. Są tylko narządy płciowe w dużym zbliżeniu. Zawężone spektrum widzenia twarzy to tylko oczy i usta. Dwa błyszczące elementy w górnej części ludzkiego ciała. Wystawa została zaplanowana przez samą artystkę. Po wejściu mamy się rozejrzeć „dzikim spojrzeniem” i pomyśleć co czujemy. To jest naszym lękiem i naszym postrzeganiem samych siebie…
Babka, która oprowadzała, jest z ciałopozytnownością związana zawodowo i mówiła o tym, że dla niej kluczowe jest odseksualizowanie piersi. No bo one ZAWSZE w naszej kulturze są postrzegane jako służące CZEMUŚ, lub komuś. A przecież są kultury gdzie szyja jest seksualna i ją się zakrywa, a kiedyś były to łydki. Ba, pacha jest czymś kuszącym i oprowadzająca przyznała się, że dostaje dużo arabskich wiadomości z prośbą o przesłanie zdjęcia pachy. Ach, no i film 365 dni jest zły. Pokazuje, że przemoc może prowadzić do uczucia. Że można znęcać się nad kimś tak długo, aż się go złamie i pokocha. No więc to nie jest miłość, lecz syndrom sztokholmski.


