KILL mill, call MOL

Dzień po-powrotowy to na ogół różne zaległości. Rozwiesiłam pranie z nocy i nastawiłam kolejne. Odebrałam magiel z pralni, zamówiony dla Mieszka tornister z poczty i jakieś tam zaległe urzędowe coś załatwiłam. Na poczcie zaginęła jedna moja przesyłka, ale panie obiecały ją znaleźć i właśnie dzwoniły, że znalazły! (mam cudowną pocztę :D) Po drodze na trasie tej objazdówki wpadłam do sklepu i mam KILLER-SET do walki z molami. Wczoraj w łazience zabiłam kolejnego, więc czas wytoczyć konkretne działa. Koty już są. Wieczorem zapowiedziałam się na siłowni, więc muszę tylko jakiś obiad sobie skombinować… Kasza podsmażana z boczkiem będą chyba idealne, tym bardziej, że ruszę półkę mąkowo-kaszową…

Zaczynam!