Ustka ma świetnie rozwiniętą sieć rowerową. Gdzieś mignęła mi cyfra 130 km, ale nie wiem jakiego obszaru wokół miasta dotyczyła… Tym niemniej jednak jest GDZIE jeździć. Nadmorskie ścieżki po wydmowych lasach tworzą taką sieć labiryntów, że co chwila się gubiliśmy i wypadaliśmy w… tym samym miejscu 🙂 No dobra, pierwszego dnia nam się tak przydarzało. I zrobiliśmy na tych rowerach naprawdę duużo kilometrów.
Ustka to również fantastyczne miasto z szerokimi plażami, które NAWET w niektórych fragmentach są pustynne. Nie ma tłoku, pożarłam kilka ławic smażonych flądr (uwielbiam tę rybę i tylko nad morzem mi smakuje) i nawet pojechaliśmy pewnego razu na kolację do Śledziowej Zagrody gdzie wszystko było ze śledziami. Obie te (RYBIE) atrakcje były by nie do zrobienia z dziećmi. Smażona ryba „śmierdzi”, a śledzie ogólnie są obrzydliwe…
Bo, wypadło w tym roku, że jedziemy nad morze. Jeziora były rok temu, no a nad morzem JESZCZE nie byliśmy. I po raz drugi tego lata powtórzę, że nad naszym morzem jest cudownie!!! I chciałabym tam za rok pojechać z dziećmi! Obczailiśmy domowe obiady serwowane w pewnej szkole, więc nawet znam punkty, gdzie mogłabym je karmić. Bardzo nam się udało miejsce noclegowe i tu TEŻ dogadałam się już z właścicielką, że za rok mnie z dziećmi przyjmie.
Był spływ rzeką Słupią. To taka rzeka inna niż mazurskie: szybka i bardzo trudna. Zupełnie nie oczyszczona, wiec raz po raz łódka stawała nam bokiem i mieliśmy problem z pokonaniem przeszkody. Głęboka, ale malownicza. Fantastyczny jest moment, gdy zaczyna się mieszać woda słodka ze słoną i zmienia się roślinność na brzegu. No i niezła jest akcja gdy nad kajakami zaczynają latać rybitwy. Btw. To są wielkie ptaszyska!
A jak było? Dobrze 🙂 Jerzy to taki niekłopotliwy kompan, który chce spełnić moje wszystkie życzenia i pomysły. Fakt, nie czyta książek. Bo „wk.wia” go, że musi zakładać okulary i „gdy zaczyna czytać myśli o czymś innym i traci wątek” 🙂 No więc gdy ja pochłaniałam Maryninę („Płotki giną pierwsze”- dobre) oraz Kredziarza (świetne), on wbiegał i zbiegał z wydmy; robił brzuszki: dwie serie po 480 (nie wiem skąd ta liczba); turlał się Z wydmy oraz zastanawiał KIEDY fale ustaną na tyle, że będzie mógł popłynąć ZA żółtą boję. Ach, zasypiał również na słońcu, więc ON opalił się na czerwono 😀
W drodze powrotnej zajrzeliśmy do Torunia. Na pierniki, kawę i ciastko z bezą. I taki letni Toruń jest zupełnie inny niż zimowy gdy jeździłam tam z dziećmi. Cały rynek jest zastawiony ogródkami kawiarni i życie na nim tętni. Też warto tam zajrzeć latem!

Wyżej „nasza plaża” w samo południe, niżej KAWA. Jerzy od 20 lat zaczyna dzień kawą, na której spotyka się z kumplami. Tu kumpli nie miał, ale ja też kawę lubię! Najlepszą podawali w porcie, przy marinie, 30 metrów od morza.

Widok z latarni (tak, weszliśmy na nią i my…) w dal i w dół: na nasze rowery. Zostawialiśmy je czasem przypięte na 4 godziny i zawsze stały gdy wracaliśmy. Duże brawa dla miasta za taką sytuację! Ścisłe centrum miasta to zakaz ruchu również rowerowego, więc przypinaliśmy do latarni, albo znaku drogowego i one tam czekały.


Niżej symbol Ustki, czyli Syrenka. Jest ich nad Bałtykiem dwie. Jedna w Kopenhadze, druga w Ustce. Legenda głosi, że były TRZY siostry. Dwie zostały nad Bałtykiem, trzecia wpłynęła do Wisły i osiedliła się wiadomo gdzie.

Oczekiwanie na koniec fal 🙂

I wbieganie na wydmę…

Rejs statkiem – to nie był MÓJ pomysł.

I jeszcze full romantic… Sie ma to udo…

I dwa razy ptaszyska!


I na zakończenie TORUŃ!

