Bez żelaza nie ma pośladków!

– jedna z medialnych bogiń fitnessu (czyli, że ciężarki są potrzebne)

Nie poszłam wczoraj rano na siłownię, bo się nie wyrobiłam, więc pomyślałam, że wpadnę wieczorem. Tak nietypowo, ale skoro dzieciaki pojechały na basen z ojcem, to miałam chwilę. [I obowiązek wewnętrznej dyscypliny! ;)]. Na 18-stą były zajęcia pump coś tam. Przebrałam się, weszłam na salę, a tam szpilki wcisnąć nie można… A co gorsza, wszystkie babki ze SZTANGĄ!!! W pierwszej chwili chciałam uciec, ale skoro już przyjechałam, to trzeba było wejść… Stanęłam sobie w rogu przy ścianie, na jedynym wolnym kwadratowym metrze, założyłam po kilogramie z każdej strony gryfa i zaczęłam ćwiczyć. To samo co TBC, tylko, że wszystkie ćwiczenia ze sztangą. Dołożyłam sobie jeszcze po kilogramie jak się zorientowałam, że WSZYSTKIE mają po 5 i 7 kg z każdej strony. Jedna babka, z którą chwilę wcześniej jechałam windą i w ubraniu wyglądała zwyczajnie:  drobna, okulary, ciemne proste włosy do uszu, stała dwie osoby przede mną. Ona, słuchajcie, miał buły mięśni NA PLECACH. Taki wyżyłowany i umięśniony kark jak u ochraniarza. Więcej tam nie pójdę! Zresztą… nic mnie dziś nie boli, czyli chyba nie do końca to było skuteczne 😉

<><>

Zrobiliśmy pikery do ciast do przedszkola. Robiły dziewczyny (w buziach lizaki), potem ja spryskałam lakierem bezbarwnym, chociaż było to bezcelowe, ale miałam nadzieję, że może będzie się błyszczeć. Przesypałam do pudełka i podrzuciłam do szafki chłopca, którego mama koordynuje ciasta.