Mikołajki

Co roku jest ten sam scenariusz: Łucja budzi się pierwsza, rozpakowuje prezent, budzi Lilkę by ta rozpakowała swój, a potem kombinuje jak tu obudzić Mieszka w sąsiednim pokoju, by TEŻ JUŻ rozpakował swój prezent 😉

A jak już wszystko było rozpakowane ruszyliśmy z Mikołajkowaniem dalej! Primo wbiliśmy się na Mikołajki w to samo miejsce, gdzie bywamy od lat trzech, albo i więcej. Dorośli siadają za stołami i jedzą, a dla dzieci w tym czasie jest morze atrakcji. Mogą lepić pierogi, albo robić pierniczki, tworzyć bombki, jeść watę cukrową w dowolnym zamówionym kolorze, albo okupować czekoladową fontannę. A najlepsze, że pośrodku tego kocioła siedzi MIKOŁAJ i rozdaje prezenty. Łucja to taka wazelina, że zrobiła pierniczka, potem po wypieczeniu ozdobiła i zaniosła Mikołajowi by dał jej za to jeszcze jeden prezent. I dał 🙂 A rozdawał same chemiczne cuda, co to rodzice ich nigdy nie kupują jak cukierek w sprayu albo rollerze, szczypiący w język proszek, lizaki kręcące się na jakichś korbkach i tym podobne.

Widzicie pierścionek z pudrowym cukierkiem u Lilki (up)? To też Mikołaj 🙂 Łucji mało na zdjęciach, bo ona była zbyt zaaferowana zdobywaniem słodyczy i trudno było ją złapać. Chociaż przyznaję, że bombki zrobiła piękne 🙂 Dla odmiany Mieszko Mikołaja się bał, gdyż podejrzewał, że ten da mu rózgę… Nie wiem skąd mu się to wzięło i powiedziałam, że to absurdalne obawy, bo przecież jest grzeczny 🙂

Ale to nie było wszystko… PO pojechaliśmy na kolejne Mikołajki, ale tym razem ceramiczne i do GOK-u. 🙂 A tam spotkałam mamę koleżanki Lilki, która powiedziała, że rano były w kościele i rozdawali tam czekoladowe Mikołaje, więc panny zgłosiły, że za rok one TEŻ chcą na szóstego grudnia iść do kościoła, wiec chyba wtedy Mikołajkowanie zaczniemy przed świtem 😉