2015 – sportowy i czytelniczy

Za kilka godzin rozwiesimy serpentyny, są petardy (miało nie być, ale Łucja była tak nieszczęśliwa, że jakieś tam JEDNAK będą), będą lampiony i świecące bransoletki. Dom zdobią foliowe balony – wiem, że szóstka jest krzywo, ale zaraz ją zdejmę by dopompować i powieszę RÓWNO. Albo i nie zdejmę, bo w końcu szóstka wędruje do góry ;0

 

A na razie zamknijmy to co było. 2015? Był dobry. Na pewno lepszy niż 2014 i w sumie pozytywnie rewolucyjny. Był sportowy. Chodziłam na zumbę, biegałam (wzięłam udział w jednym biegu), uczyłam się salsy, a jak skończyły się zajęcia w pasujących mi godzinach zapisałam się na taniec brzucha (tak, robiłam to ostatni miesiąc :). Chodzę na siłownię i radość ze sprawności własnego ciała jest niesłychana. Miałam np. problem z ustaniem na lewej nodze (po złamaniu trzy lata temu, musiałam usiąść by założyć skarpetkę). A teraz spokojnie stoję na lewej, albo na prawej by naciągnąć rajstopę 🙂 Mogę podbiegać, MOGĘ BIEC i ogólnie czuję się silniejsza.

Do kwietnia byłam mocno zestresowana (rozwód), potem była komunia Łucji, a potem było już łatwiej. No dobra, marnie stoją finanse, ale umówmy się, nie będę się tym przejmować. Dzieciaki miały się dobrze, obie dziewczyny miały mnóstwo szkolnych sukcesów, Lilka rozpoczęła naukę pływania, a Łucja naukę gry na pianinie i jak na razie obie mają dużo zapału. Mieszko jest ogólnie zaskakujący. Jest mądry, cierpliwy i chwalą go często. Mam też KOTA. Nareszcie. I to mój kot. Jestem JEDYNĄ osobą, którą obdarza względami. Czasem daje się też pogłaskać dzieciom, ale ewidentnie robi to dla mnie. I bardzo tęskniłam za mruczeniem. Naprawdę nie sądziłam, że aż tak bardzo!

Szopki z rządem i polityką pominę. To wszystko jest tak absurdalne, że musi się jakoś samo rozwiązać, bo ja nie obejmuję. A, i zaczęłam czytać. Czytam dużo, rzeczywiście jest to potrzebne, a im więcej czytasz tym lepsze książki wybierasz.

W kategoriach NAJ:

Serial: Orange is the New Black. Dwa pierwsze sezony super. Wyraźne kobiece postacie i z Chapman to się nawet utożsamiałam. W trzecim sezonie robi się za twarda, popełnia błędy i nie wiem czy na 4 sezon się skuszę. Łucja zapytana o NAJ-produkcję powiedziała, że film „Następcy” i serial „Na końcu świata”.

Muzyka: melodyjne kawałki. Lost Frequencies i Alvaro. Godzinami mogę tego słuchać.

Napój: po rocznej fascynacji czarną herbatą, wróciłam do zielonych. Mam nowego oolonga i pasuje mi bardzo. I CYDR. Lubię, na festiwalu smaku w Lublinie kupiłam różne odmiany, a na DZISIEJSZĄ noc mam szampan z cydra 😉 Zamierzam wykąpać się o 23:30 i zalec w łóżku z MOIM cydrem 🙂 W eleganckiej koszulce oczywiście 😉

Kierunek: północ. Na wakacje wszyscy masowo uciekali od ciepła. Znajomi byli w Norwegii, ktoś był w Dani, ktoś pojechał do Ameryki. I to chyba się utrzyma. Wiem już o planach co niektórych osób, które na wakacje jadą na Alaskę, inni przebąkują o wyspach Kurylskich. Btw. na północ podążali też uchodźcy, czyli temat, który emocjonował nas przez kilka miesięcy.

Kosmetyki: kontynuowałam fascynację polskimi producentami. Może z piedestału spadł trochę Tołpa, a wlazł Biolique 😉 Ale pojawiły się też kosmetyki bio i też były w porządku.

Reklama: znowu telefonie komórkowe. Kocham Kota, te świąteczne sweterki i śpiewanie były cudowne 🙂

Dramat: Paryż. To będzie tak jak 11 września. Zobaczcie, że ludzie masowo odwołali świętowanie w stolicach Europejskich. Wszyscy się boją bycia w dużych skupiskach ludzi. Wieża Eifla w serduszku to będzie symbol, który zniknął.

Media: zaczęłam się szkolić w kierunku mediów społecznościowych i to będzie ważny nurt 2016. Pojawił się snapchat i warto wiedzieć co to takiego.

Nurt: konserwatyzm. Playboy i Pirelli ogłosiły, że kończą z nagimi kobietami w kalendarzach i to chyba początek końca epoki rozwiązłości. Jak wiadomo wszystko jest falami, więc może właśnie zaczyna się czas na WNĘTRZE? ;))

Jedzenie: kasze. Zawsze ich sporo schodziło, ale głównie była to gryczana. W 2015 zaczęłam też zapiekać jaglaną, pęczak i lubię takie jedzenie. Warto przypomnieć, że byłam w tym roku na trzech szkoleniach kulinarnych (czekolada, kuchnia molekularna i kuchnia tajska) i mam w planach kolejne! 🙂

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!

(o moich planach na 2016 jutro 😉

w resztki roku

Wymyśliłam sobie, że pomiędzy świętami a nowym rokiem NIE pójdę do sklepu. Lutka ma taki sprzęt do próżniowego pakowania więc dojadamy. Dodatkowo mam pełną zamrażarkę, a muszę rozmrozić lodówkę tylko czekam na mrozy… Wynajduję gnaty na zupę, przetwarzam ziemniaki na różne sposoby, podgrzewam bułki i robię ciasta, bo składniki mam (mam jeszcze na makowca i florentynki 😉 Lecz prozaicznie skończył nam się papier toaletowy, więc chociaż od kilku dni zarządziłam stosowanie w zamian chusteczek papierowych dziś pękłam 😉 Ale byłam konsekwentna i nie wiele więcej ponad ten papier kupiłam, chociaż paradoksalnie dojadanie jest zdecydowanie bardziej czasochłonne.

Pochwalę się Wam kalendarzem dla Mieszka. I tu kolejna ciekawostka: Młody chce by mu go zawiesić JUŻ w tym roku, bo przecież dziewczyny miały w TYM 😀 Btw. po czasie mi przyszło do głowy, że ponieważ polar jest biały, zamiast bujać się z wycinaniem i przyklejaniem liter mogłam użyć mazaków do tkanin.

I szykujemy się powoli do Sylwestra. Będziemy w domu. Dostałam przedwczoraj fajną propozycję od mojego kuzyna, żeby do nich pojechać, bo u nich i śnieg i zimowo. I pewnie bym nawet rozważyła to, chociaż panny nie mają laby i w poniedziałek już do szkoły, ale mam na głowie kota Lutki. Dziadki na Sylwestra w górach, a stara kocica do podróży się nie nadaje. Może za rok jak zaproszenie ponowią to do nich pojedziemy 🙂

I sumujemy dalej…

Dzieciaki znowu dziś poza domem, na jakichś zajęciach o sztuce z Diablim, więc ja ogarniam. Chowam wszystkie akcesoria do szycia, bo mam wrażenie, że chwilowo są zaniechane, a robią tłok. Zanim jednak te pocięte kocyki polarowe wylądują w specjalnym pudle uszyję kalendarz adwentowy dla Mieszka. Tak, wiem, że TO za rok, ale jak nie zrobię tego teraz, to panny będą mi ten polar podbierać (bo cały czas coś mi podbierają) i za rok w listopadzie okaże się, że nie mam z czego tego kalendarza uszyć. Wątek powróci, ale wrzucę Wam też DIY-owe podsumowanie roku.

Trzy rzeczy w kategorii „DIY- akcesoria”, są warte uwagi.

  1. Pistolet z klejem, dzięki któremu zrobiliśmy całą masę WYROBÓW (wianki?) i podkleiłam mnóstwo rzeczy w domu.
  2. Pompka do balonów, dzięki której mogłam pomóc ze szkolnymi przygotowaniami do karnawału, dzięki której odkryłam wielkie lateksowe balony i sięgnęłam po balony z folii. Pompka przydała się również do pompowania basenu w lecie.
  3. Trzeci hit to lakier w sprayu, dzięki któremu mogłam zaimpregnować karmik dla ptaków pomalowany przez Lilkę plakatówkami, no i co tu kryć, wszędzie tam gdzie nie byłam pewna, czy trzyma się dobrze, mogłam zawsze psiknąć i scalić lepiej.

Odkryliśmy gumki do wycinania stempli, kolejne źródło papierów ozdobnych, kredę do włosów, celofan oraz igłę i nitkę. Za najlepszy nasz tegoroczny DIY uważam nietonące breloczki do jachtów 😉 Na pewno więcej będzie w 2016 o kubełkach do pop-cornu i szyciu. Sklepowym odkryciem w kategorii:rękodzieło, jest market budowlany, gdzie kupiłam m.inn. szare rolki papieru do pakowania użyte w karnawale i na powianiu lata.

2016

Marzy mi kula dyskotekowa (skoro mam już pompkę potrzebuję też kulę, albo przynajmniej żarówkę z efektem disco), pistolet tapicerski i wytłaczarka DYMO. Przydadzą się żarówki choinkowe, ale dopiero latem Wam powiem do czego 😉 Wykończyłam cały zapas piórek i potrzebuję też tusze do drukarki. Chętnie też przygarnę wycinarkę do zawieszek prezentowych 😉

Mamy nasz mały sukces. Do kartek świątecznych zgłosiły się DWIE osoby, które chcą w przyszłym roku je kupić. Tegoroczne robiła Łucja, więc już jej powiedziałam, że jeśli to za rok wypali, to zysk ze sprzedaży będzie w całości JEJ.  Jak się zapewne domyślacie, ona już się nie może doczekać.

<><>

A żeby nie było tak, że samymi podsumowaniami człowiek żyje wklejam trzy fotki z niedzielnego spaceru dzieci z ojcem. Temat to była wycieczka po różnych szopkach. Odwiedzili pięć, chwyciło, więc nie widzę przeszkód by była to ich tradycyjna około-świąteczna trasa.

2015 dla domu

Brat mi zabrał dzieciaki do kina (Dobry Dinozaur) rozpoczynam więc coroczny okres podsumowań. W 2015, w sekcji dla domu, wydarzyły się dwie duże rzeczy. Było malowanie dołu i klatki schodowej, tak że cały dom stał się dużo jaśniejszy. I był zrobiony pół remont w pokoju Mieszka, czyli połowa ścian została pomalowana i zmieniona została fototapeta (to było planowe od co najmniej dwóch lat). Pokój Mieszka zarobił również nowy dywan i można powiedzieć, że jest skończony.

W związku z malowaniem wymienione zostały zasłony w dużym pokoju i rolety w kuchni. Poprawiono wejście do domu, które w okresie zimowym będzie bronione przez jelenia 😉 Z zaległych spraw pokonałam w końcu stylizację kuchennego stołu i powiesiłam ramki z obrazkami, które stały oparte o ścianę chyba rok. Uszyłam też jedną narzutę do leżenia na trawie (w tym roku bez nowych obrusów). Dzieciaki na Walentynki dostały po nowym komplecie pościeli. Doszły dwa leżaki wygrane w konkursie Łomżingu. Warto dodać, że rozpoczęliśmy w tym roku regularne tworzenie wianków i od marca na naszych drzwiach CAŁY CZAS coś wisiało.

 

Nie rozsypała się pralka, choć zanosi się na to od dawna, szwankowało natomiast małe AGD. Rozwaliłam żelazko, krajalnicę do chleba i telefon stacjonarny. Zdechł telewizor i popękała mi komórka. Wszystkie te rzeczy są wymienione na nowe (telewizor zasponsorowała Łucja z pieniędzy komunijnych, komórkę dostałam od brata, a krajalnicę przyniósł Mikołaj, czyli Lutka). Coś fiksuje dekoder od kablówki, który sam się wyłącza po KAŻDEJ godzinie kiedy jest uruchomiony (zajmę się tym w nowym roku, dzwoniłam już do operatora, wiem gdzie podjechać i jak wymienić). Był problem z anteną, było kombinowanie z przepinaniem, zlikwidowałam talerz i jestem teraz przepięta pod antenę sąsiada (wymieniłam mu za to konwerter na większy).

Ogólnie, szczególnie w porównaniu do ubiegłego roku, dochodziło mało. Talerzyki deserowe kupione w sklepie przyfabrycznym,  półmiski, maselniczka i narzuta na łóżko. Coś za coś. Budżet ten sam co był, ale doszedł karnet na siłownię, raz w tygodniu jest taniec i staram się by raz w miesiącu doszedł mi jakiś nowy ciuch. I tak już będzie. Te wydatki są dla mnie ważne i będę ich pilnować.

2016?

Nie mam pomysłu co JESZCZE chciałabym w domu zrobić. Korci mnie wymiana lampy w dużym pokoju i zmiana górnej łazienki (ale to drugie może być za dwa lata). W fatalnym stanie są meble wypoczynkowe na dole. Kanapa i fotel. Przykryte na stałe narzutami, ale nawet jeśli dojdą nowe, to ze względu na psa narzuty zostaną. Marzy mi się rewolucja w ogródku.  Trampolinę i zabawki ogrodowe zlikwidowałam na jesieni za pomocą olx-a. A na ich miejsce? Meble z palet i wielkie poduchy do siedzenia? Może…

Dzień po

Internet przez te kilka dni to chodził mi jak ślimak. Nie wiem, czy to jakaś awaria, czy wszyscy masowo łączyli się skypa-ami z rodziną na całym świecie (i się zapchało), ale dziś już działa normalnie. Sprzątam. Kidsy pojechały, a ja chcę sprzątnąć wstążkę po adwentowych, która była brokatowa i się z niej nieźle kruszyło, ogarnąć auto i posegregować zabawki. Doszło ich sporo i wszystkie są równolegle używane. Gdzieś tam ruszyły wyprzedaże, ale nawet 90% zniżek nie przekona mnie, że powinnam w nich wziąć udział 🙂

Skrzynkę i walla zawaliły mi obrazki o przejedzeniu i kotach demolujących choinki 🙂 Niektóre są przezabawne i kilka macie up. Nasza choinka ma się dobrze, lecz zanim ruszę z planami na dziś wkleję Wam dwie gry. Obie są super. „Wodny Świat” poleciała mi znajoma, jak siedziałyśmy w GOK-u i czekałyśmy na koniec zajęć, więc od razu esemesowo ubrałam w nią jednego z mikołajów. To jest cała seria gier i będziemy polować na kolejne. To gra samochodowa i takie nam się przydają! Jak w nią grać trudno opisać (z grubsza chodzi o ułożenie wodnych zwierząt w konkretnej proporcji), ale to gra logiczna i jak panny złapały o co w niej chodzi to właściwie ją sobie wyrywały. Druga to większa niespodzianka. „Mały Książę„, który początkowo przytłoczył mnie zasadami, a okazał się prostą grą matematyczną. I też jak wieczorem przed kąpielą panny ją rozłożyły to przez dwie godziny nie szło ich od niej oderwać.

Dzień trzeci

No i przeleciały 🙂 Udało się zrealizować to co zaplanowaliśmy, a nawet więcej, bo dziś ruszyliśmy z dziadkami w jedno z tych rozświetlonych miejsc by pospacerować. Mało to świąteczne bez śniegu, ale przynajmniej Mieszko zarobił wymarzony miecz świetlny 😉 I to jak to słusznie zauważył wczoraj mój brat, żadna tam podróba, tylko prawdziwy Made in China.

Skrzywiona jestem przez wieloletnie świętowanie tych dni w mieście chrząszcza, że tylko tam jest prawdziwie. Ale tak też można, w sumie było rodzinnie, smacznie i śmiesznie, szczególnie jak Krzycho z Łucją postanowili urządzić pokaz magii :DD

Wkleję Wam jeszcze tylko refleksję jednego znajomego, bo trafna 🙂

„Po trzech dniach świątecznego obżarstwa i zapoju, w trakcie których to przyjąłem tyle maku, cukru i grzybów, że najpewniej jeszcze dzisiaj w nocy zjawi się w moim śnie Kotan i wzburzonym głosem udzieli mi paru roztropnych napomnień, osiągnąłem wreszcie stan do którego przede mną dążyło wielu skruszonych hedonistów i koncesjonowanych mnichów – nirwana absolutna, pełna homeostaza.

Otóż nie ma ochoty już dosłownie na nic. „

bez śniegu i w słońcu

Płynnie przeszliśmy od słynnego „Nie jedz! TO na święta„, do „Jedz, bo się zmarnuje” 🙂 Czyli jestem ojedzona jak beczka, a końca zapasów nie widać… Mikołaj spisał się na medal, Mieszko dostał wymarzony szlafrok, którego nie ściągał i KOLEJNE klocki, panny książki i ubranka, Łucja, która nękała dziadka o to od miesiąca dostała zestaw do czarowania, a cała trójka zarobiła kilka niezłych gier, o których napiszę jak już złapię o co w nich chodzi. Mi domyślnie przyniósł krajalnicę (pamiętacie, że 3 tygodnie temu rozwaliłam poprzednią?) i kosmetyki, czyli coś co jest mi absolutnie niezbędne 🙂

Nie udało się nam pośpiewać, bo nawaliła technika, czyli nie udało się uruchomić zestawu do KAREOKE z kolędami 😉 Jutro znowu jedziemy do dziadków, pójdziemy do kościółka i obejrzymy szopkę, a w niedzielę na wycieczkę po szopkach zabiera dzieciaki Diabli. Przy tych licznych przejazdach osłuchaliśmy się kolęd i odbyliśmy dość merytoryczne rozmowy około-religijne 😉 Zaskakująco wysoką teologiczną wiedzę ma Liliana, która okazało się, jako jedyna w klasie wiedziała, że msza po Wigilii to PASTERKA, a najważniejszymi na Boże Narodzenie są wiara, miłosierdzie i jarŁUŻNA, chociaż nie wie co to ostatnie jest 😉 Dla Łucji najciekawsza była relacja Boga do Jezusa w kontekście stosunków ojciec-syn 🙂 

Rok temu byliśmy na fajnych zajęciach o Bożym Narodzeniu. Jak było naprawdę, a ile dodały późniejsze „media” by uatrakcyjnić wydarzenie. I akurat wczoraj znajomy podesłał żart:

Jezus wchodzi do restauracji i mówi
– Proszę stolik dla 26 osób.
Kelner patrzy się na Jezusa i jego towarzyszy, po czym odpowiada:
– Ale jest Państwa tylko 13 osób.
– Tak, ale wszyscy będziemy siedzieć po jednej stronie.

I o tym też było. Że tak naprawdę to wszyscy siedzieli NIE w jednym rzędzie, ale też naprzeciwko siebie, bokiem do siebie i tyłem do siebie, jeśli akurat zagadali się z kompanem obok 🙂

Boże Narodzenie

Smętny to okres świąt dla singli. Zaczynają się kolejne i właściwie to jestem w podobnym punkcie co rok temu. Nie wiem co będzie dalej, a co gorsza nie mam nawet planu. Z jednej strony z sentymentem przeszłam przez męską sekcję w sklepie (ładne swetry w tym roku i miłe w dotyku), a z drugiej są np. poranki, kiedy mam jedną osobę mniej do obsługi i chyba jest mi z tym łatwiej. Nie mówiąc o tym, że miłość jawi mi się uczuciem ryzykownym. Na co mi ona, skoro już wszystko mam?

Aaale, mam w tym roku jemiołę (a rok temu nie miałam) i Lutka ma dla mnie odłożyć łuskę karpia 😉 Jak zaklinać to na całego, drugi rok pod rząd nie zaryzykuję 🙂 Prasuję jeszcze kilka ubranek, pakuję psa do auta, wystawiam kota na dwór i jadę do dziadków. Wracamy jutro, bo wtedy dzieciaki przejmuje Diabli.

Wesołych Świąt!

Wbrew temu co głoszą niektórzy, że to daleko współczesnemu świętowaniu do biblijnej prostoty i ubóstwa, święta są wspaniałe. Mają sens te kilkutygodniowe przygotowania, wysyłanie kartek i pakowanie prezentów. Jest pyszne jedzenie, a poza tym czy znacie lepszą okazję niż ta, by bezkarnie dać mężczyźnie kalesony, córce złote bolerko, a synkowi KOLEJNE pudełko klocków? 🙂

Świętujcie, przebaczajcie, śpiewajcie i bawcie się dobrze przez te kilka rodzinnych dni 🙂

w gorączce (świątecznej)

Wywiozłam dzieci do dziadków, zahaczyłam tylko po drodze o fryzjera z dziewczynami (one, nie ja) i piekę. Bo zgłosiłam się do ciast. Zrobiłam sernik i pudding figowy. Jeśli będzie taka okazja, to mam składniki do dwóch kolejnych i najwyżej dopiekę. Dom posprzątany, prezenty zapakowane – zaczęłam wczoraj pakować, ale one co chwila miały jakąś sprawę na strychu i strasznie kombinowałam by tam mi się nie gramoliły, bo papiery wszystkie porozkładana. Odkryłam ostatnio super blog, na którym znalazłam piękne zdanie: nie można postawić znaku równości pomiędzy prezentem włożonym do torebki, a tym zapakowanym w papier 🙂 Są tam super zawieszki (lecz mi akurat się skończył tusz w drukarce :/) i cała masa fajnych pomysłów.

Jeśli chodzi o papiery to na kolejny rok przechodzi „decyzja” z UBIEGŁEGO roku. NIE kupować papierów! Takie zapasy narobiłam dwa lata temu, że niby niektóre rolki wykończyłam, ale jeszcze DWIE mam nie otwarte :/ A tych do połowy zużytych to sporo.

Podczas pakowania odkryłam, że jakoś nieproporcjonalnie mało mam dla Lilki. Pojechałam więc do sklepu, bo podobała się jej jedna tiulowa spódniczka, więc miałam nadzieję, że będzie. Idę i obok perfumerii była dodatkowa lada do pakowania prezentów. Patrzę a tam stoi znajomy ze szkoły. Mówię:

  • Ale Cię przyłapałam! Żonie perfumy kupujesz?
  • SOBIE kupuję. Mi nikt nie kupuje. Sam muszę o sobie pomyśleć!

Koleś przed nim obrócił się i mówi do mnie:

  • Mi też nikt nie kupuje. I też muszę sobie sam kupować.

Zabawne to było 🙂

Jak zostać milionerem

Zrobiłam te łódeczki. Przyszły wczoraj panny ze szkoły z informacją, że dziś klasowe Wigilie i trzeba coś słodkiego przynieść. Z klasy Łucji przyszedł chwilę później meil, że wikt zapewni klasowy budżet i rada rodziców, więc została mi tylko Lilka. Zaczęłam się zastanawiać, czy sernik, czy jogurtowe, ale Lilka krzyknęła: łódeczki!

Zrobiły furorę 🙂 Nadałam im nazwę Świąteczne łódeczki, bo jako żagle użyłam papierów świątecznych. Łatwo się je robiło, choć okazało się, że albo tężejące galaretki zmniejszają swoją objętość, albo wchłonęły się w skórkę, bo musiałam je później obkroić ze odstającej skórki, chociaż nalewałam „z czubkiem” (drugie foto). Ach i ustawiałam je na szklankach, żeby mi się nie bujały, bo tężały długo. Nastawiłam wczoraj około 18-stej, a kroiłam dziś o szóstej rano (tak, przed szkołą).

I teraz najważniejsze 🙂 Jeden kolega Lili jak zobaczył JEJ łódeczki wykrzyknął: Lila, dlaczego Ty jesteś TAKA bogata! 🙂

Przypomnijmy składniki tego żelowego kawioru: 16 galaretek to 4 pomarańcze i 3 galaretki. Normalnie fortuna 🙂

Dla równowagi Łucja powiedziała koleżankom, że u nas na choince czasem wiszą słodycze, ale mama nie pozwala jej ich jeść, bo mówi, że są PRZETERMINOWANE. I podobno koleżanki bardzo się śmiały. A ja sobie NIE przypominam, żebym kiedyś tak powiedziała :/