Cerowanie is coming

  • Mamo, ja mam dziurę w kieszeni.
  • To straszne Mieszko.
  • No! I jak wkładam tam palec to dotykam sobie NOGI…

<><>

Przepadła mi salsa i fitness w ubiegłym tygodniu (Toruń), więc wystartowałam dziś po dwutygodniowej przerwie. Oj brakowało mi tego. Lutka jak mnie widziała w weekend to burczała, że znowu plecy pochylone. Więc trzeba ćwiczyć, trzeba, żeby tę prostą sylwetkę utrzymać!

porządkowe rewolucje

Rewolucji układaniowej cd. Poddasze, na którym dwa miesiące temu rozsypało się styropianowe wypełnienie (mam kartonik z 3 kg i to JEST spory kartonik) uprzątnięte i zorganizowane. Przeniosłam tam suszarkę z praniem i dół zaczyna przypominać DÓŁ. A co najważniejsze jest teraz łatwy dostęp do pianina, bo Łucja gra… Jest po czterech lekcjach i nową umiejętnością jest zachwycona. Ćwiczy codziennie, potrafi przeczytać niektóre nuty (????????) i póki co zniechęcenia nie widać 🙂

Pochwalę ją jeszcze za zdolności słowotwórcze. Panna kazała się zapisać na olimpiadę („Ale nie literacką, tylko ortograficzną”) a wczoraj na podłodze znalazłam fragment jakichś jej zapisek 😉

„Zadrżą nasi” Ach te moje zaklęcia. Może kiedyś pójdę do miasta na pokaz mody. W tym świecie mówią, że jestem piękna może. By mnie wybrali, nie wybiorą mnie, jestem czarownicą… 😉 Bokiem bo co wklejam to się przekręca :0

kartkownia

Do święta wszystkich dentystów nazywanego też Halloween 😉 zostały dwa tygodnie!

Dziś ruszyliśmy z produkcją zaproszeń 🙂 Tegoroczne zdominowana są przez naklejki. Połowa gości to przedszkolna ekipa Mieszka i zależało mi na tym, żeby to ON je robił. I rzeczywiście tworzenie wciągnęło go całkowicie.

  • Zrobię jeszcze jedno dla Mikołaja Gąsika.
  • Już zrobiłeś dla niego cztery.
  • To dla Olgi.
  • To będzie trzecie dla niej.

😉 Tworzeniu przyglądała się Lutka i też jej się ta ICH fantazja spodobała. Przy okazji odkryłam, że zużyliśmy do absolutnego końca papiery do robienia kartek i koperty, w listopadowy budżet wpisuję więc zakupy papiernicze. No i problem był z wierszykiem. Tych żartobliwych o duchach tworzonych na dodatek przez poetów nie ma dużo, więc tym razem użyliśmy bezimiennej rymowanki z netu. 

Natomiast NA ZAŚ przechodzi pomysł, który pojawił się później. Zafrapowana tematyką Lilka siadła do malowania potworów, które wychodzą je wspaniałe. Jak to ona, tworzy najchętniej jeden wzór w powielanych i udoskonalanych kopiach. I to świetny temat na kartki!

o szkole w weekend

Wiem, że o tym już było, ale powtórzę to raz jeszcze. Podoba mi się jak rozwija się polska edukacja. Podoba mi się program, podobają mi się podręczniki i imponuje mi wiedza nauczycieli. W minionym tygodniu w klasie Łucji była jakaś awantura między dwoma uczniami. Wychowawczyni kazała wszystkim wziąć kartkę i bardzo starannie ją zamazać myśląc o wszystkich niemiłych rzeczach, które się wydarzyły. Na przerwie, w ubiegłym tygodniu, czy nawet roku szkolnym.

Mazały, mazały, mazały.

A ona potem kazała im to podrzeć mówiąc: To jest to co było. I już tego nie ma. Porwijcie na drobne kawałeczki. Tak żeby zniknęło do końca.

Taki prosty psychologiczny trik okazał się wyjątkowo skuteczny. Łucja się ucieszyła, bo na lekcji wcześniej pokłóciła się z Zuzią, a w ten sposób już się pogodziły.  Extra!

A dziś panna pracowała nad projektem z angielskiego (przypomnijmy: III klasa podstawówki w państwowej szkole). Nauczycielka podzieliła ich na dwuosobowe grupy, które miały przygotować opis owada w dowolnej formie graficzno-plastycznej. Panna poszła do domu koleżanki, wydrukowały sobie zdjęcie pająka, przykleiły na dużą kartkę, opisały przy pomocy strzałek, co je, gdzie mieszka i jakich ma wrogów. Na krawędziach poprzyklejały pająki. Gdybym się miała przyczepić to użyły złego papieru jako bazę, bo takiego cienkiego z tych wielkich biurowych clipboardów, lecz robiły pod okiem mamy tej koleżanki i ona miała tylko taki. Ale sama idea pracy nad projektem w grupach, super!

<><>

I Lilka zmierzająca na urodziny, bo znowu mamy (prze-)nasilenie towarzyskich spotkań. Btw. prezenty ze sklepu sportowego są najlepsze. Duże, efektowne, niedrogie i przydatne. Nie chwaląc się, nasza deska do pływania była uznana za najlepszy prezent 🙂

Kosmicznie

Przypomniał mi się dialog z Łucją z planetarium. Były takie odważniki kilogramowe, które można było za specjalny sznurek podnieść i sprawdzić ile ten kilogram gdzie waży (można było samemu też się zważyć – nie chcecie wiedzieć ile bym ważyła na Słońcu ;0 ). Mówię do panny:

  • Najlżejszy ten kilogram jest na Księżycu!
  • Nie, na Plutonie

🙂 Proszę jaka mądrala!

Z rozpędu wcisnęliśmy się na oglądanie samolotów dziś wieczorem. Kilka odkomórkowych, zanim ruszę z prasowaniem, bo góra wielka przede mną… Rzec by można nawet kosmiczna…

Lilka i jej instruktor

Duet jest niesamowity 😉 On jak ją widzi to mówi: Jest moja gwiazda, a ona po lekcjach mi wyznaje, że jak nurkowała to się okazało, że Radek ma owłosione nogi. Przemieszczają się po tym basenie w te i z powrotem i patrzą się na siebie :))) I jest nawet szansa, że nauczy ją pływać 🙂

<><>

W ramach projektu: Każdy miesiąc coś do domu na wrzesień mam obrazek. Wiem, że już październik, ale o tym co na październik opowiem Wam mam nadzieję, w przyszłym tygodniu. Więc TO podczepiam pod wrzesień. Obrazek wykonany w studiu ikon. Mieszko dostał go od swojego chrzestnego z okazji chrztu. Ładny, podoba mi się bardzo i pomyślałam, że zawieszę. Przedstawia św. Michała, z tyłu jest stylizowana dedykacja i odcisk pieczęci. By go zawiesić zdjęłam ramkę z oprawionym papirusem (wisiał tam z lat 10).

Pierniczyć tę mokrość i zimność…

WIĘC do Torunia pojechaliśmy. Na PIERNIki 🙂 Marzyła mi się ta eskapada od dawna, a takie wolne od lekcji dni to super okazja na wycieczki. Rezerwacje zrobiłam z ponad tygodniowym wyprzedzeniem i jest to absolutna konieczność, bo odwiedzone przez nas miejsca naprawdę mają pełne obłożenie. Nocleg znalazłam na grouponie i z dzieciakami tradycyjnie wbiłam się do dwójki (dzwonię przed wykupieniem vouczera czy to przejdzie i nie zdarzyło mi się, by nie przeszło).

Było wspaniale. Miasto jest pozytywne, pełne studentów i uśmiechniętych ludzi. Czasu mieliśmy zdecydowanie za mało i wycieczkę trzeba będzie powtórzyć. Jest mnóstwo fajnych miejsc na jedzenie, śniadanie zjedliśmy w barze mlecznym, a na lunch przy planetarium wpuszczono nas 40 minut przed oficjalnym otwarciem knajpki. Spotkała nas cała masa pozytywnych i spontanicznych przygód, a atrakcje dla dzieci są pierwsza klasa!

Żywe Muzeum Piernika

Rewelacja! Razem z nami weszła ekipa gimnazjalistów, którzy byli naprawdę sympatyczni. Lilianie pomagał jakiś wyrośnięty blondas, prowadzący byli przezabawni, był wykład i były zajęcia. Do pomocy w trzymaniu misy było wyciągniętych dwóch mężczyzn „równych sobie wzrostem i siłą”, czyli jeden taki nastoletni drągal i Mieszko. Jak wydało się jak Mieszko ma na imię prowadzący wykrzyknął: Panie, Tyś mój przodek! Bo we wszystkich odwiedzonych przez nas miejsca posługiwano się staropolskim 😉 Łucja ucierała przyprawy do piernika i w Toruniu widzi SWOJE DOROSŁE życie 🙂 Będzie w w Muzeum zdobiła pierniki 😉

Potem był nocleg i śniadanie (niżej zdjęcie z cyklu „Trudne dzieciństwo”, czyli jak wygląda odrabianie lekcji w hotelu 😉

Dom Toruńskich Legend

I kolejne wspaniałe miejsce, które w formie mini-spektakli przybliża mity i opowieści o Toruniu. Zabawna była akcja jak Lilka i Mieszko mieli walczyć (bo każde dziecko jest wciągane w pokaz) o tytuł flisaka. Stanęli naprzeciwko siebie dzierżąc wiosła i stojąc na tratwach skonstruowanych jak bosu (ci co chodzą na siłownię to znają). I mieli zepchnąć przeciwnika. A oni tak stanęli i stali. I „opowiadacz” zaśmiał się i powiedział: I tak stali, a DWA LATA później ogłoszono remis :DD

I mur budowali. Mieszko jak usłyszał: BUDOWAĆ, to rzucił się jako pierwszy na ochotnika!

Jedna z tych niesamowitych przygód spotkała nas w drodze do Planetarium 🙂 Wiedziałam, że gdzieś coś okrągłe mi mignęło, więc ruszyliśmy w tamtą stronę. A to okrągłe to było więzienie. Tuż naprzeciwko Planetarium. Szły dziewczyny, szłam ja i na końcu Mieszko bawiący się swoim nowym zabawkowym nunczako. Akurat przywieźli jakiegoś niebezpiecznego więźnia. Wokół furgonetki stała w równym szpalerze duża grupa policjantów ubranych na czarno i w kominiarkach na twarzy. Spojrzałam na młodego i słuchajcie on jak to ujrzał, to aż się zmienił na twarzy… Wooww… A wtedy jeden z tych policjantów pokazał na Mieszka i krzyknął: UZBROJONY! :DD Ekstaza i podniecenie Mieszka było niewyobrażalne! :DD

PLANETARIUM

Super. I pokaz na kopule opowiadający o gwiazdach, słońcu i planetach i interaktywna sala ze sputnikiem. Zaskoczyły mnie in plus dzieciaki, które autentycznie przez cały ten czas były zainteresowane. Podobało im się, biegały, uruchamiały urządzenia, a później zahipnotyzowane oglądały film. Niesamowite.

A i jeszcze na koniec o zapleczu turystycznym miasta. Bomba! Wszędzie ulotki, mapki, a w biurze IT na rynku tłum ludzi  chcących pomóc zwiedzać miasto.

Czytelnia pod chmurką

Tuż koło Skateparku gmina postawiła „londyńską budkę”.  W środku zamiast telefonu są półki, na które mieszkańcy znoszą książki. Biblioteka będzie oczywiście bezpłatna i mam nadzieję, że projekt się utrzyma. Jakby nie było dziś z samego rana dowieźliśmy i MY nasze książki 🙂 Pomysł wspaniały, mam nadzieję, że budek będzie więcej 🙂

Książki dochodzą nam może nie jakoś super szybko, ale systematycznie i nie ma gdzie ich trzymać. Łucja już sobie zamawia kolejną Dunię, kolejne przygody podróżniczki Nel, no i księgę zaklęć Mal. Lilka chce kolejne książki do Skrzynki Potworów, a i ja nie mam co czytać.

Jutro jadę z dzieciakami na wycieczkę. Środa jest wolna, więc ruszamy zaraz po lekcjach we wtorek (koło południa) a wracamy późnym środowym wieczorem (wtedy oczekujcie relacji ;). Rano muszę zapakować auto, wymienić przepalone żarówki i przygotować opcję obiadową do zjedzenia po drodze.

Zimno, prasuję, palę w kominku, zebrałam pigwy, bo bo pierwszych przymrozkach pospadały z krzaczka. Co chwila mi tu zawiewa bo kot, jak to kot, wchodzi i wychodzi 🙂 Ale sukces dnia dzisiejszego jest taki, że wszedł mi na chwilę NA KOLANA 🙂 Macie demota 🙂 Trochę wulgarny, ale na temat 🙂

Kres pogaństwa

Da się zorganizować chrzciny w jeden tydzień? Da!

Tydzień temu w piątek byłam u księdza. Obiecałam na kolejny piątek dostarczyć całość dokumentów i wpisałam nas na niedzielę 11-go. Byłam u spowiedzi, zamówiłam świecę i szatkę, które listonosz dostarczył naprawdę w ostatniej chwili. Ponadto jak miałam zawieść dokumenty, okazało się, nie mam aktu urodzenia Mieszka. Złożyłam wniosek w gminie i pojechałam z paszportem Młodego. Przeszło, ale mam dowieść jak akt będzie gotowy. Bardzo pomocni i elastyczni są jednak nasi księża.

Pośpiech nie był aż tak potrzebny, ale była to jedna z tych zaległych spraw, która trzeba było po prostu załatwić. Wczoraj Diabli pojechał z Mieszkiem do fryzjera i po strój. No i dziś na 13-stą stawiliśmy się w kościele. Wszystko było super. To nie jest zły wariant takie późne chrzciny. Mieszko bardzo przeżywał to wydarzenie, potrafił opowiedzieć o tym, że woda była zimna i że „coś się w nim zmieniło” i w sumie to jest szansa, że będzie ten dzień pamiętał.

Impreza była w wersji absolutnego minimum. Tylko my i chrzestni. W planie a) chrzciny Mieszka miały być dwudniową imprezą we wschodniej Polsce, na której wręczono by młodemu auto do kierowania (takie konkretne). Nie wyszło tak, a ja czułam tak duży niesmak organizacyjny, że poprosiłam dziadków by nie przyjeżdżali. I powiem Wam, że to był błąd.  Mieszko zapytał się mnie wczoraj wieczorem ILU gości zaprosiłam na jego chrzciny i zdałam sobie sprawę, że pochłonięta trzymania się tego planu minimum nie pomyślałam, że on potrzebuje tych przygotowań i fajerwerków. Tym bardziej, że okazja była wyjątkowa.

[zbieraliśmy potem koło kościoła kasztany]

Lecz by nie kończyć tak smętnie, historia z kościoła. Taca. Przechyliłam torebkę i znalazłam trzy monety. Lilka, która siedziała obok mnie dostała złotówkę. Wierciła się i kręciła i zanurkowała pod ławki. Chwilę później wynurzyła się z 10-groszówką. Przeszedł ksiądz, Lilka wrzuciła monetę. Zabrzęczało. Ksiądz poszedł, a ona mi pokazuje złotówkę.

  • Lila- syknęłam – Miałaś to dać!
  • Dałam 10 groszy.

I potem zerkałyśmy kiedy z drugiej strony ksiądz nadejdzie 😉 To jest zabawna sytuacja, bo ona wrzuciła 10 groszy na tacę patrząc mu bez mrużenia w oczy. Więc w sumie to i tak dobrze, że nic z tej tacy nie zabrała :))

I dzikusy w knajpie. Oglądaliście już „Następców”? Otóż, jest tam scenka, jak źli trafiają na garden party i przechylają fontannę czekoladową by szybciej i więcej zjeść. No więc panny zachowywały się dzisiaj podobnie 😉 Za to Mieszko poruszony dniem był idealny 🙂

 

W kulkę!

Duży to problem co dać na czterdziestkę… Przekopałam polski net i znalazłam NIC. Zdjęcie na tle okładki magazynu, kubek z napisem, albo gadżet porno-rodem. A chodziło o mojego brata. Czyli osobę z jednej strony taki praworządną (on nie jest taki zabawny jak ja ;), że nawet nie ściąga seriali, a z drugiej strony to mój BRAT, czyli NIE wchodziły w grę rzeczy typu: ŚMIESZNY ochraniacza na interes ze ŚMIESZNYM napisem. Zostają jeszcze ekskluzywne alkohole, cygara, żetony do kasyna, ale skoro tyle lat go uchroniłam się przed nałogami to przecież nie będę go teraz psuła! Dodatkowym utrudnieniem była organizacja w ostatniej chwili (cóż można wykombinować w ciągu 4 dni?) – I my jesteśmy rodziną?? 😉

Za to amerykańskie strony www okazały się być eldoradem pomysłów. Znalazłam rewelacyjne personalizowane kule do golfa, szpikulec do mięsa na grillu z inicjałami (musicie przyznać, że to może być atawistyczna przyjemność takie kowbojskie przypalanie karkówki), kubełki na szampana z grawerowanym nazwiskiem (tutaj też położył wszystko czas) i skórzane pojemniki na biurko (z pewnością można coś podobnego kupić, ale trzeba by powłóczyć się po sklepach).

Podobały mi się też słodycze (truskawki z lukrze stylizowane na piłki) i zawieszki na garaż… Ale te akurat rzeczy wydały mi się mało „czterdziestkowe”.

Pomyślałam: GOLF! Pojechałam do sportowego po kulki i kupiłam takie z jak najmniejszą ilością logo. Ale potem zaczęły się schody. Jednego dnia zostałam expertem od sitodruku. Byłam w trzech punktach i odbyłam kilka razy więcej rozmów telefonicznych. Grawer odpadł (struktura), sito odpadło (piłki do golfa mają rowki i nadruk byłby tylko po fragmencie), a na tampodruk potrzebny jest co najmniej tydzień. Znalazłam nawet firmę, co wzięła by to zlecenie (wszyscy chętni, ale od setek sztuk w górę), no ale czasu było za mało.

Potrzebny był mistrz zdobienia… Zadzwoniłam więc do znajomej co ma u mnie dług wdzięczności za pomoc przy zakupach z Chin. I ma studio paznokci… Zasiadła ze swoją skrzynką lakierów i równiutko wszystkie piłeczki mi podpisała 🙂 Tadaaam! 🙂

Napis? Mały, bo przecież… chociaż mnie przerósł, to cały czas mój MAŁY braciszek! 🙂

Do pudełka wrzuciłam też podstawki do piłeczek (bo to jakoś zdaje się razem jest kompatybilne 😉

Btw. pochwalę też jubilata za genialny pomysł z prezentem dla gości… Otóż każdy dostał gazetę z dnia jego urodzin. Z 9 października 1975. Różne gazety. Trybunę ludu, Dziennik Polski, itd. W pełnym wydaniu, w oryginalnym formacie i kolorze (choć oczywiście odbite w bibliotece). Super!