Na bolące gardło najlepsze są lody!

Pojechałam z Lilką na rynek. Na lody i po maliny. Zajrzałyśmy też do cukierni po drożdżówki i rurki z kremem. Środków starczyło jeszcze na mały słoik jagód u kompot truskawkowy w barze mlecznym po drodze. Ale najważniejsze było, ze pojechałyśmy we DWIE! Jak Łucja opanowała rower pojechałam TYLKO z nią na lody. I było powiedziane, że każde dziecko, które nauczy się jeździć na dwóch kółkach też ma gwarantowaną taką eskapadę 🙂 To ważne, jak jak jest więcej niż jedno, by czasem je pojedynczo gdzieś zabierać, więc każda okazja jest dobra. Chociaż, że jak się pewnie domyślacie Łucja strzeliła mega focha i wieczorem na lody pojechałyśmy jeszcze raz. Ale tym razem z NIĄ 🙂

Droga minęła dobrze. Trasa była długa, ale biegła cały czas ścieżką rowerową. Był kryzys zaraz za przejazdem kolejowym, gdzie droga biegnie w dół i Lilka się wystraszyła prędkości i zjechała na trawnik. No i na rynku był tłum ludzi i rowery prowadziłyśmy. Jak jestem z Łucją to jedziemy, ona dobrze lawiruje i nie ma z tym problemu, ale z Lilą bezpieczniej było zejść. I ten rower się jej wywalił i jakaś babka wybuchła: Co tu tak wszyscy na tych rowerach! Więcej rowerów niż ludzi! Lecz jakiś koleś (też na rowerze) na nią fuknął: Bo to miasto rowerów! 🙂 

Hamuje cały czas nogami, starty niektóre jej wychodzą samodzielnie i mam wrażenie, że wyszły by wszystkie, ale chyba uznała, że za ŁATWO nam z NIĄ poszło i będzie to rozciągać 😉 No i gada… Jedzie i mruczy do siebie. Słowotok, z którego dziś wyłowiłam: To nic, że mnie wyprzedzają i tak jestem najładniejsza :))

… Lubię tę budkę z lodami. Ona jest tam od zawsze i nigdzie nie jadłam lepszych maszynowych lodów. Zatrzymują się tam mamy z dziećmi, ludzie wracający lub zmierzający do pracy, nastolatki i budowlańcy, a sprzedawczyni (od zawsze ta sama) mocno wierzy w zdrowotną moc lodów (mądrość w tytule to jej słowa podsłuchane na drugiej lodowej wyprawie 🙂