Tura I 21

Zaczynamy wakacje! Część pierwsza tradycyjnie u dziadków. Razem z psem i rowerami zaczepionymi na zewnątrz auta dotarliśmy na miejsce. Lutka od kilku dni jest emerytką 🙂 Trochę ma chyba doła, ale i tak długo zwlekała z przejściem, bo rocznik jest ’50 🙂 Naprawimy jej nastawienie zmuszając do galopu z wnukami. Na razie pogoda jest do bani, ale od niedzieli ma być już 30 stopni, więc zaczną się nam wyprawy nad okoliczne zalewy.

Planuję u nich zabawić do połowy lipca i marzy mi się też wyrwanie stąd z dzieciakami w Bieszczady. Potem wracam, dam im kilka dni przerwy i na drugą turę ruszymy wspólnie, chociaż już z innych punktów.  I tak minie lipiec. Sierpień jest wielką niewiadomą. Pogoda ma być całe lato taka sobie, więc jestem tym trochę przerażona. Lipiec ma być w miarę ciepły, choć nie upalny, ale sierpień już chłodny. No i co z tym fantem zrobić???

Bardzo mi się podoba oferta półkolonii przygotowana przez szkołę. Zapisuje się dziecko na określony tydzień lata i w każdym dniu przez 7 dni danego bloku jest masa atrakcji: wyprawy na basen, do kina, muzeów, warsztaty plastyczne i zajęcia sportowe. Ale ulokowanie samej Łucji nie rozwiązuje mi problemu, więc wariant będzie można wykorzystać dopiero w przyszłym roku, kiedy zapiszę obie dziewczyny.

Mój masażysta mówi…

Prawda jak to dobrze brzmi? Prawie tak dobrze jak „mój dietetyk”, czy „mój trener”… W sensie personalny, nie? No więc byłam na masażu… Wcale się nie wybierałam, ale wyszło jak wyszło. Sąsiadka zrobiła drugi stopień masażu i rozdała nam ulotki. Z sąsiedzką promocją do końca czerwca… Kupiła łóżko do masażu i zrobiła na poddaszu gabinet. I nie zamierzałam iść. W sumie to mamy tanie państwo, akcję dusigrosz, zbieranie środków na drugie auto, moją firmę, no i wakacje…

No, ale Ania to taki dobry człowiek, parę razy nam w sprawach administracyjnych osiedla pomogła i Lutka jak usłyszała, że mam po sąsiedzku masażystkę wykrzyknęła: Musisz iść! Dla dobra kontaktów sąsiedzkich! 

Bardzo fajnie było 🙂 Wyszłam tak pozytywnie naładowana i odprężona, że nawet mocowanie uchwytu na rowery do klapy auta mnie nie spięło… A wierzcie mi… łatwo i miło nie było 😉

<>><<>

Łucja wałkuje ze mną temat imprezy. Stwierdza:

  • Nie do końca byliśmy przygotowani…
  • Ale i tak wszyscy wychodzili z przeświadczeniem, że to była impreza ich życia.
  • No bo ONI nie wiedzieli, jakie mieliśmy plany. 😉

Powitanie lata 2014



Się chmurzyło, chmurzyło, ale jak goście się zeszli, to słońce zabłysło i na czas imprezy była patelnia 🙂 Żeby było lepiej, pół godziny po wyjściu ostatniego gościa lunęło tak, że hej! 

Impreza się udała. Było kilka patentów z lat poprzednich, ale były też nowości. Np. postanowiłam, że nie będzie chrupaków, żelków i czipsów. Tak, tak, zrobiła na mnie wrażenie mama z urodzin w ubiegłym tygodniu. Upiekłam wybitne ciasto kruche z rabarbarem i pomarańczami, zrobiłam kilka pojemników tęczowych galaretek, jakieś tam rogaliki z ciasta francuskiego, a jedna mama przyniosła kosz letnich owoców: malin, truskawek i czereśni. Zgodnie z myślą ekologiczną nie było też jednorazowych kubków i sztućców 😉

Były balony, basen i zjeżdżalnia, ale to ostatnie nie podłączone do tego drugiego 🙂 Bałam się, że to jednak za zimno 🙂 Źle się bałam, bo wodą się chlupano bez granic 🙂

Były zawody. Dyscyplin wymyśliłam pięć, ale jedna nie wypaliła. Król Szczura, czyli skakanie przez kręcącą się przy ziemi skakankę. Po prostu to dość jednak jest bolesne, więc szybko usunęłam z programu 😉 Pozostałe to było: NAJLEPSZY LINOSKOCZEK, czyli chodzenie po „linie”, czyli kresce na asfalcie. Ale chodzenie z zasłoniętymi oczami!

Był SZTUKMISTRZ GRACJI, czyli pokonanie wyznaczonej trasy, nie dość, że najszybciej to jeszcze z woreczkiem gimnastycznym na głowie (tak, tak, to TE woreczki i ONE były prezentami dla gości na odchodne). Co ciekawe starty w ramach tej konkurencji były wielokrotne i za każdym razem wygrywał ten sam CHŁOPIEC, który zresztą jest zapalonym piłkarzem 🙂 Znaczy się Gracje powinny grację ćwiczyć! 🙂

Dyscyplina MISTRZ KOLORÓW polegała na narysowaniu trzech dowolnych kolorów kredą i potem na hasło start szybkim znalezieniu trzech przedmiotów w otoczeniu właśnie w tych kolorach!

 

I był RZUT BALONEM z WODĄ. To było już rok temu, ale to świetne jest. Liczy się balon, który nie tylko daleko upadnie, ale się też oczywiście rozbije. Modyfikacja do ubiegłego roku była taka, że balony PRZYGOTOWAŁAM dzień wcześniej. Uniknęłam dzięki temu zalanej łazienki.

Tadam!!!

Była lodziarnia obsługiwana przez Łucję. Tegoroczna modyfikacje: brak cukrowych posypek, a w ich miejsce polewa z kajmaku (wymieszałam z odrobiną śmietanki i podgrzałam).

A na koniec wiedziałam, że miało być jeszcze coś, ale nie mogłam sobie przypomnieć co… Kazałam więc dzieciakom ułożyć się w napis LATO… A to co miało być przypomniało mi się jak już wszyscy wyszli :))) Zrobię to więc za rok! 😉

Koniec roku w klasie pierwszej!

Dziś przechodziliśmy nasz PIERWSZY koniec roku. Wydarzenie z punktu widzenia rodzica przełomowe, więc w gali wzięliśmy udział całą rodziną. No prawie, bo Lilka rano została odwieziona do przedszkola, by w tym dniu Łucja była jak najbardziej numer 1.

Bardzo dobrze nam minęło te 10 miesięcy. Łucja lubi się uczyć, lubi swoją klasę i wychowawczynię. Chętnie tam chodzi i ma mnóstwo znajomych. To krok milowy od szkolnej zerówki, którą przetrwaliśmy z trudem. 

Była gala, a potem w salach wręczenie dyplomów i świadectw. Łucja dostała dodatkowy dyplom mistrza ortografii. Ocena opisowa jest wg mnie nie do końca fair, ale pani po prostu się nie zna (choć z drugiej strony ważne jest by Łucja ją lubiła, a nie ja). Natomiast testy przeprowadzone przez osobę zewnętrzną są doskonałe. Jeśli chodzi o język polski to panna zdobyła 17 na 20 punktów, przy średniej w kraju 15. Czyli jej wynik jest wyższy od średniej krajowej. Jeśli chodzi o matematykę Łucza ma 19 na 20, przy średniej 17-ście. Jeśli chodzi o czytanie, test analizujący tempo i technikę czytania wykazał, że dziewczyna czyta na poziomie klasy trzeciej, czyli przez minutę przeczytała całościowo i poprawnie 68 wyrazów. A tempo czytania odpowiadało tempu mowy ustnej.

Super, tak trzymać! :))

Do hymnu!

Na rewelacyjny pomysł wpadła Rada Rodziców. Otóż kupione zostały lilie na giełdzie kwiatowej i każde dziecko dało jedną. W ten sposób pani dostała ogromny i pachnący bukiet!

Ach i oczywiście wyżej to wręczenie świadectwa, a niżej powrót na miejsce:

Obiegówka

Koniec roku w szkole to wielkie porządki. Dzieciaki oddają książki do biblioteki a rodzice przekopują stertę ubrań dziecięcych znalezionych przez panie sprzątające na terenie szkoły (ja szukając wiatrówki w motyle, znalazłam bluzę o której istnieniu zapomniałam). Łucja dwa dni pod rząd przynosiła skarby ze swojej szuflady w klasie, a dziś miały być zbierane kluczyki do szkolnych szafek (pół dnia szukałam po domu drugiego kompletu!)

Koniec roku w przedszkolu to zużywanie funduszy z rady rodziców. Wycieczki, teatrzyki i wyprawy. Dziś kolejna ->do parku dinozaurów! Wyjazd był o upiornie wczesnej godzinie, więc zakładam, że Lilka się zdrzemnęła. Zdjęcia na stronę panie pewnie wrzucą za kilka dni, ale dziś weszłam zobaczyć czy jakieś dorzucały i są zaległe foty ze Spartakiady. Wyjazd był pod koniec maja, przedszkole Lili zdobyło jakąś nagrodę, Lilka brała udział w dyscyplinie: Bieg Slalomem, ale na zdjęciach widać, że głównie trzymała za rękę panią :))

Tu wchodzą na stadion…

Niżej jakieś organizacyjne zamieszanie (ale Lila pani nie odstępuje):

Tutaj dzieciaki ściskają gratulacyjną rękę gminnemu celebrycie. Albo pani dyrektor w szkole, która organizowała spartakiadę dla zerówek (nie wiem komu :). Lila jakby nie było rękę ścisnęła ;))

I odbierają dyplom i medale! 🙂

True, true

Chwilę się zastanawiałam jak tu odświętować kolejny sezon True Blood…;) Jest książka kucharska z przysmakami z Bon Temps (Eats, Drinks and Bites from Bon Temps) i w necie można znaleźć scany poszczególnych przepisów, ale nic tam nie ma. Jak zrobić mrożoną herbatę babci, brujo burger, czyli burger czarownika zrobiony w filmie przez La Fayetta czy śniadanie z bekonem wg wersji szalonej mamuśki Tary… Zajrzałam więc na przepisy filmowe i znalazłam True Bloodowego drinka symbolizującego krew 😉 Ciepło, ciepło, ale jeszcze nie gorąco… Bo wersja z wódką jest dla mnie hard-corowa… Nalałam więc kilka naparstków adwokata 🙂 i teraz to mogę oglądać! 🙂

triki

  • Mamo…
  • Czy ja jestem duży czy mały?
  • Jesteś moim małym chłopcem! Albo za to bardzo pięknym i bardzo mądrym!
  • A czy ja mogę dostać mleko do butelki? Wypiję je w łóżku?
  • Możesz. Jak znajdę jakąś butelkę.

Znalazłam. Pewnie to super nie pedagogiczne, ale znalazłam, zagotowałam i zaniosłam. Rozgadał się dalej:

  • A potem będziesz ze mną spała?
  • Może. Może na chwilkę się koło Ciebie położę.
  • Aha. Ale nie na długo, bo ja się zsikam.
  • A może tym razem na nocnik?
  • Nie, bo ja jestem malutki.
  • To ja do Ciebie NIE przyjdę, bo nie lubię spać na mokrym.

Zobaczymy czy fortel zadziała… Bo Mieszko od dwóch tygodni postanowił w nocy zacząć sikać. Nie wiem czy to jakaś faza na chęć bycia malutkim, ale kubeł z praniem jest ciągle pełny. Bo przecież podkłady czy wszystko inne wywala w nocy z łóżka. Że niby taki malutki 😉

<><>

Strasznie jestem dumna z mojego kwiatkowego pomysłu. Wymyśliłam, że panny na te różne końce roku będą dawać małe bukieciki. I taniej, i ładniej i w sumie takie małe dziewczynki z wielką wiąchą to wyglądają średnio. I nawet można do tego symboliczną bombonierkę dołączyć i też to nie przytłacza. Tylko nie wiedziałam, gdzie takie małe bukieciki kupić… Zajrzałam więc do przydrożnej kwiaciarni (przy mięsnym) 😉 i pytam:

  • Może mi Pani taki bukiecik malutki zrobić? Z frezji, pachnącego groszku albo drobnych stokrotek z jakimś małym przybraniem? To dla córek bym chciała…

Mogła. Cenę dała za to jednocyfrową, więc od razu zapłaciłam za 4 😉 I powiedziałam, kiedy będę się po nie zgłaszać. Pierwszy bukiet był wczoraj na ostatnie zajęcia baletu (miał być gotowy na 16-stą), drugi i trzeci dzisiaj na 12-stą (zakończenie roku w przedszkolu), a czwarty na piątek na koniec roku Łucji (na 8 rano 🙂 Bardzo dobrze to wymyśliłam!

zasady krytykanctwa

Zbeształam ostatnio Diabla za krytyczne uwagi na mój temat. Ma Pan Doskonały np. pięty doskonałe. Pumeksuje je sobie po 5 minut COdziennie w wannie i MOJE stopy choć uważam za zadbane, tak idealnie gładkie jednak nie są. No, ale ja chodzę w butach na gołą stopę, a on nie. Chociażby… I leżeliśmy sobie elegancko w czwartek na trawie, a on mnie analitycznie podszedł od strony pięt i rzucił: Musisz częściej pumeksować stopy. Jest takie urządzenie z takim obrotowym...

Wszystkiego słuchała gumowe ucho Łucja i tak jak JEGO uwagi po mnie spłynęły, to gdy ONA wieczorem urządziła mi wykład o moich stopach („Wiesz mamo, stopy masz jednak słabe”) to się zdenerwowałam 😉 Zrobiłam mężowi dym, że ma swoje refleksje zachować dla siebie. I myślę, że zrozumiał 🙂

A tak w ogóle to nostalgiczne są końce roku. Dziś panny miały ostatnie zajęcia z eksperymentów. Dzieciaki zrobiły taki wybuch, że prowadzący miał osmaloną rękę 🙂 A oni ubaw po pachy! 🙂

czipsoholizm

Jest taki paradoks, że zakazy przynoszą skutek odwrotny. Np. nie pojawia się u nas w domu żywność „śmieciowa”… No dobra, jadają dzieciaki czasem w maku, ale nie ma ani czipsów, ani napojów gazowanych. A i same słodycze, co nie zawsze się udaje, są wkładane głównie do śniadaniówki, albo występują jako nagroda. Aaaale to nie działa tak, że dzieci tych smaków nie znają czy nie mają na nie SMAKA… A co gorsze, jak wchodzą gdzieś na urodziny i są te PRZYSMAKI, to ładują sobie garściami do kieszeni 🙂 Przenoszą cichaczem do mojej torebki, przekładają i idą do stolika zapełnić kieszenie na nowo… Straszne, nie? 🙂 A wiecie jak mi zawsze wstyd? :))

 

Na pierwszych urodzinach na które dziś trafiliśmy była SAMA ZDROWA żywność 🙂 Czyli wyłącznie soki i świeże owoce w ilościach ogromnych 😉 Tematem byli piraci, było więc poszukiwanie skarbów, morska bitwa na poduszki i animatorzy w pirackich outfitach… Równolegle maluchy skubały orzeszki i podjadały czereśnie…

Za to na drugich urodzinach czipsy już były! I ciasteczka :)) Tym razem bawiliśmy się w stadninie. Lilka nakarmiła (NIE BOJĄC SIĘ!) chyba wszystkie konie, karmiąc je chlebem ułożonym na otwartej dłoni. Panny jeździły, czesały kucyki i wysłuchały wykładu o zwierzętach. Łaziły puchate kury, a ja rąbałam herbatniczki i podjadałam pasiaste czipsy… 

I przypomniałam sobie TEN smak czipsów bekonowych… Ależ ja je kiedyś uwielbiałam! I wracając zahaczyłam o sklep i sobie takie cichaczem kupiłam. Rozsiądę się zaraz z nimi i będę oglądać… Mundial? Nie! Drugi sezon House of Cards 😉 W sumie to nałogów nie mam, więc mogę sobie czasem takiego niezdrowego pojeść, nie? 🙂