b/o

Za czasów gdy sięgały mnie ograniczenia wiekowe, w kinie istniały trzy kategorie dopuszczalności widza:

  • b/o,
  • od 12 roku życia
  • i od lat 18-stu.

Kojarzę też gdy parę lat później wprowadzono kategorię OD 21 lat dla filmów szczególnie brutalnych. 

A dziś byliśmy na filmie z kategorią 8+ (!!!), czyli Czarownicy z Angeliną Jolie (może być!). Snuło się towarzystwo tak bez planu, więc olśniło mnie, że w sumie to dziś jest piątek, więc jak zdążymy do 16 to łapiemy się jeszcze na tańsze przed-weekendowe bilety. Wpuścili nas bez problemu i cała trójka nie spełniająca jeszcze wiekowego wymogu film obejrzała! 🙂

PO pojechaliśmy do sklepu sportowego. Jutro kolejna tura urodzinowa, bo chyba wszyscy rodzice świata postanowili swoim dzieciom z wiosny i lata urządzić w czerwcu imprezy. Tym razem prezenty od nas będą sportowe. Piłki do skakania, rękawiczki na rower i okularki do pływania. Przy okazji przymierzyliśmy te które nam się podobają, więc jeśli się pojawi plan wakacyjny to wiemy co chcemy :))

czwartek 22

Tyle było wariantów spędzenia tego długiego weekendu! Można było wyjechać gdzieś w głuszę i szukać kwiatu paproci (tym bardziej jak 21-szy wypada tak jak w tym roku), można było puszczać w Białowieży wianki, albo po prostu wziąć udział w kwiecistej kościelnej paradzie… Ale nie wiadomo dlaczego prawie zawsze któreś dziecko mi się w tym okresie pochoruje… Tym razem padło na Mieszka i to z mojej winy… Chodził zdecydowanie za lekko ubrany (bo nie chciał się ubierać cieplej) i wczoraj wieczorem kichanie zmieniło się w poważnego gluta :/ No nic, leżymy w ogródku, zrobiłam z pannami kartki na nadchodzącą imprezę i dzień zleciał!

  • Mamo, puszczę Cię jak mi powiesz hasło!
  • Jakie hasło Lila?
  • Powiedz hasło, mamo!
  • Hasło mamo!
  • Nie… Podaj hasło mamo!

🙂 Jaka spryciara :))

Ludzie we własnym domu zachowują się inaczej… Stają się bezbronni…

Peaky Blinders s01e05, bardzo dobry serial, trochę mroczny przez tę szarość brytyjskiego proletariatu, ale wciągający.

Wizyta u szkolnego psychologa minęła dobrze. To taki koleś, który ma teorię, że tu gdzie mieszkamy występuje specyficzna anomalia… Środowiskowa lub przyrodnicza, która powoduje, że rodzą się tu geniusze. Polska Dolina Krzemowa. Wiadomo psycholog 😉 Zapomniałam o tym, ale jak go zobaczyłam tu mi się przypomniało 🙂 Jakby nie było bardzo się ucieszył, że oto nadchodzi kolejny egzemplarz podpierający jego hipotezę, więc tylko pochylił się do mnie i szepnął: Mamy tu więcej takich uczniów… 🙂

A przyszły geniusz miał dziś wycieczkę z przedszkola do osady indiańskiej. Wyprawa była z rodzicem, więc Diabli wyposażony w kosz piknikowy pojechał z córą. I dzień cały bombardował mnie zdjęciami! Lilka jechała bryczką, znalazła bryłkę złota, którą wymieniła na dwa cukierki i zbudowała z innymi dziećmi tipi! 🙂

Wo-re-czki!

Pamiętacie materiał w groszki? Zagospodarowałam 🙂 Już dawno temu wiedziałam co z nim zrobię. Gdzieś przypadkiem trafiłam na rękodzielnicze woreczki gimnastyczne i zapragnęłam też takie zrobić. Jest tego w necie mnóstwo. Nazywają to woreczki sensoryczne, ale kojarzycie to na pewno z lekcji w-f-u. Mogą się różnić rozmiarami i kształtem. Wypycha się je grochem, kukurydzą, pęczkiem, gryką, ryżem i siemieniem lnianym. Można tak jak ja doszyć bawełniane taśmy z nadrukiem, albo dokleić pomponiki. Służą do ćwiczenia sylwetki: nosi się je na głowie, można rzucać do celu, albo zgniatać by ćwiczyć „percepcję dotykową”.

Tu macie chyba najfajniejszy tutorial. Ja do środka wsypałam groch łuskany (połówki). Jak stanęłam w sklepie przy kaszach to właśnie ten groch pociągnął za sznurki wspomnień. To on był w tych pierwszych woreczkach jakie pamiętam z przedszkola… Kupiłam 2,5 kg, ale zużyłam może kilogram. Wsypywałam za pomocą kuchennego lejka tak do połowy woreczka. Chciałam mniej, ale asystowała mi Łucja i powiedziała, że musi być do połowy, bo taki właśnie jest poziom pękatości szkolnych woreczków. Robi to się szybko. „Koszulki” zszyłam jeszcze w piątek (zostawiając dziurkę), przedwczoraj wsypałam, a tak zerkając na Peacky Blinders przez dwa wieczory zeszyłam. Zrobiłam ich trochę więcej, bo się wkrótce przydadzą… Ach, no i bardzo mi się podobają! 🙂

wynalazki

Za nami kolejna wizyta u psychologa z Lilką. Wątku nie będę Wam rozwijać, wszystko jest okej, a ta cała machina pomocy dzieciom jest świetnie rozbudowana i bardzo przydatna. Punkt programu kolejny to spotkanie z psychologiem szkolnym by podebrał idealnego wychowawcę dla Lilki. Cierpliwego i łagodnego. Klas 1-szych ma być pięć, więc jest z czego wybierać.

Gdy siedziałam w poczekalni to czytałam wszystko co było… Trafiłam więc na elaborat o roli kobiety na podstawie „Perły w koronie” 😉 I wkleję Wam kadr z filmu. Mąż górnik wraca do domu, żona go myje i podaje mu obiad. Dzieci rosną w kulcie ojca 🙂 Normalnie aż by się chciało być takim górnikiem :)))

Drugi wynalazek to korespondencja graffiti na murze  (poradnia mieści się przy zespole szkół): 

  • Flamaster, to pedał!
  • Powiedz mi to w twarz, szmato! 

🙂 I wszyscy wiedzą pewnie, kto to z kim koresponduje 😉

party zone

Są takie dni… maratony… No bo jak bez biegu wcisnąć TRZY (uwaga, to nasz rekord!!!) imprezy dla dzieci w jednym dniu??? Start był przed 11-stą, a z ostatniej wyszliśmy kawałek po siódmej… Uff… Ale odbębnione, lecz na torty to chyba nie spojrzę przez miesiąc 🙂 I mówcie co chcecie, ale cieszę się, że panny wychodzą z okresu zabaw na salach zabaw, bo to strasznie nudne jednak jest! 🙂

wieczorne dylematy z pilotem…

Trudne jest oglądanie telewizji. A teraz, jak Mundial dominuje, to w ogóle klęska. Przeleciałam po kanałach i nie ma absolutnie NIC, a TO co mogło by EWENTUALNIE być jest co najmniej w połowie. Znaczy się za późno włączyłam… Doleciałam do kanałów muzycznych i na jednym gadające celebryckie głowy mówiły o innych celebryckich głowach w temacie: Ludzie z rodu Piasta w Hollywood. Countdown leciał od dołu i otwierała go Alicja B-C, ex żona Collina. Jakimowicz rzucił, że jest doskonałym przykładem tego, że Polki nie mają pojęcia o antykoncepcji (true, true), a inna nieznana mi postać dodała, że świat nie zapomni jej tego, że karierę rozpoczęła od disco-polo. Chwilę pogooglałam na youtubie (nudy-nudy) i z czystym sumieniem wyłączam szkiełko i ruszam z drugim sezonem Wikingów 😉 Zdecydowanie lepszy niż pierwszy, btw 😉 A wodne klimaty akurat na tapecie, bo dziś byczyliśmy się na basenie! 🙂

Wróciła!

Pełna wrażeń i przeżyć. Zadowolona i NIE spłakana. Była na ognisku, w kinie, a nawet widziała ADAMA MAŁYSZA Z CZEKOLADY!!! 🙂 Żywiła się zupami, chlebem i przesłodzoną herbatą 😉 Mam już JEDNO duże dziecko 🙂 Buuuuuuuu… 

<><>

Na fali robienia rzeczy do zrobienia zdążyłam zrobić jeszcze przed jej przyjazdem USG piersi. I tam samym mam zamknięty coroczny przegląd. Badanie minęło dobrze, a nawet się trochę dowartościowałam, bo dok był tak MNĄ zachwycony, że nie tylko wykrzyknął: „wogóle nie wygląda pani na trójkę dzieci”, a nawet podniósł roletę by „lepiej wszystko widzieć” i zabrał się za naukę jak samodzielnie badać piersi w domu 😉 Lutka jak jej to opowiedziałam skomentowała tylko, że „dobrze, że był tam Mieszko” 🙂

Zmiana dziecięcej jedzeniowej miejscówki

Dawno temu, jak Łucza miała 3lata, a Lila półtora doszłam do wniosku, że winą za niejedzenie dzieci  jest brak miejsca jedzeniowego dla nich. Jadły a to przy ławie, a to w foteliku, a brakowało miejsca gdzie zawsze mogą siąść z jogurtem czy soczkiem. Czy obiadem. Doszedł wtedy mały kwadratowy stolik. Były do niego dwa krzesełka a z czasem doszło trzecie słomkowe. Dzieciaki przy nim biesiadowały cały rok, a w lecie wynosiłam go do ogródka i to przy nim toczyło się życie.

Aale, jak się pewnie domyślacie nie mogło tak trwać wiecznie… Bo dzieci przecież rosną! Łucji przestały się mieścić nogi i zaczęło się kombinowanie. Jedno przy stole w kuchni, a dwójka przy małym stoliku. Albo cała trójka w kucki przed telewizorem. Bez sensu! 

Stolik został więc zlikwidowany, po lecie pozbędziemy się go na dobre, a dzieciaki w komplecie przesadzone do kuchni. Tymczasowo Łucja siadała na krześle z jadalni, ale miała za nisko, więc konieczne było krzesło Nr 3. I to właśnie jest ta wielka kartonowa paczuszka z wczoraj. Nie było już takich samych krzeseł, więc nowe jest inne. Co nie przeszkadza. Ja tam zawsze lubiłam domy, gdzie nie wszystko było idealnie dopasowane 😉 Muszę tylko zamówić 3 identyczne poduchy. Ale to w planie na lipiec. Zamówiłam próbki materiałów i jak widać będzie kratka. I sądzę, że czerwona! 🙂

Na tej focie niżej widać, że za nim dojdą poduchy przydało by się najpierw stół podmalować 😉

Czerwiec dla domu

U sąsiadów na zieloną szkołę pojechało dwóch chłopaków. I od poniedziałku na podwórku stoi budowlany kontener, a robota wre. I właściwie w którą stronę nie spojrzeć, tam gdzie wybyły dzieci trwają jakieś remonty. U nas remontu nie ma, ale wind of change też  mi się udzielił 😉

Celem dzisiejszej wyprawy zakupowej było pudło, na którym leży cała reszta zakupów. Co zawiera, zdradzę jak skręcę. Ale przy okazji doszły też rzeczy inne: szklane kieliszki, które były dedykowane do wina, ale nam się ostatnio potłukły pucharki na lody i te nowe będą będą świetne do deserów i shaków. Do kompletu dorzuciłam grube słomki, które absolutnie uwielbiam 🙂 Dwa maślane kubki, bo potrzebuję duże kubasy do zielonej herbaty i kisieli, a również posiadana kolekcja się przerzedziła. Dwa skrawki materiału w groszki (cel zdradzę później). Ach, no i produkty z wyprzedaży: świąteczne serwetki, które od razu wcisnęłam w głąb szafki, podkładki oraz talerzyki i serwetki w grecką flagę (kuchnia Peloponezu to świetny temat na letnią imprezę).

<><>

Dzień II Zielonej Szkoły.

Łucja ma dzwonić o 19-stej, więc siedzę w domu i waruję, że może zadzwoni. Zaglądają sąsiadki i wyciągają na dwór czy plac zabaw, ale NIE, czekam…

Zadzwoniła o 20-stej:

  • Cześć mamo!
  • Witaj słoneczko! Jak minął Ci dzień?
  • Wiesz to menu co masz jest złe. Dziś nie było kapuśniaka, a ogórkowa.
  • Och, ale to chyba podobne w smaku?
  • Tak. Ale zupa była trochę za kwaśna. Idę na disco! Pa!
  • Ale teraz?
  • Tak. Pa!
  • Uczesz się przynajmniej!

Tyle było tej rozmowy. Kolejny telefon był o 21:30. Odebrałam i słyszę szloch:

  • Łuczku co się stało??
  • Zgubiłam ręcznik…
  • Nic się nie stało! – czemu dałam tylko jeden??? – Zaraz go poszukamy. Może jest w łazience? Albo na łóżku?
  • Nie… Już patrzyłam. Tak strasznie tęsknię! Jestem w łazience. Tu są tylko dwa białe ręczniki.
  • Ale to może któryś z Twoich? Rozłóż je. Co to za ręczniki? To hotelowe?
  • One są duże. To hotelowe.
  • To używaj ich. Olej ten ręcznik. Używaj hotelowych.
  • Pa.

15 minut później kolejny telefon:

  • Mamo??
  • Tak słoneczko?
  • Znalazłam ręcznik!
  • Super! Pamiętaj, że ręcznik to nie problem.
  • A i dziś chodziliśmy po górach i trochę bolały mnie nogi.
  • Moja bohaterka!
  • Pa! Zadzwonię jutro rano, żebyś mi przeczytała menu na środę.
  • Dobrze! Będę czekała 🙂

Lila, której streściłam rozmowę Łucji powiedziała: Ona się przejmuje ręcznikami? Ręcznik jest NIE ważny! Życie jest ważne! No właśnie. A od siebie dorzucę, że nie należy dawać dzieciom BIAŁYCH ręczników, bo one w tej pościeli i hotelowych łazienkach są trudno znajdowalne 😉