Diabli miał spotkanie w Olsztynie… A nocleg na dwie noce zaklepaliśmy w odległej o 30 km Ostródzie. Tyle, że z całym szacunkiem do obu tych miast było tam… słabo. W Olsztynie przelecieliśmy przez Starówkę i Lubelska czy Sandomierska dystansują ją o kilka długości. Są większe, ciekawsze, pełno tam knajp, Cepelii czy ogródków. A tu padało i było jak to Diabli nazwał smutno. Poleżeliśmy na szerokich kanapach w jednej knajpie i ruszyliśmy do Ostródy. A tam było jeszcze gorzej. W parku nad jeziorem Drwęckim pełno było pijanej młodzieży, sklepów czy kawiarni nie znaleźliśmy. I jak tak szliśmy ciemnym wybrzeżem mijając śpiących na ławkach Diabli zapytał:
- Justyna, jedziemy jutro nad morze?
- Bardzo chętnie. Tu jest beznadziejnie. Ale gdzie? W okolice Fromborka?
- Nie. NIE nad zalew. Nad morze.
- Gdańsk? Nie wiem czy mam ochotę na miasto…
- Nie!!! Na PRAWDZIWE morze! Na Hel!
- Ale na sam koniec?
- Niekoniecznie. Wystarczy do Jastarni.
- Jedźmy!
I z samego rana, po śniadaniu ruszyliśmy. Zdjęć z soboty Wam nie wkleję, bo są ciemne i nieciekawe. Macie za to nasze niedzielne szaleństwa na morskich piaskach! Jastarnia wejście na plażę 48 i Jurata wejście 61:








A tu przeszliśmy na wewnętrzną stronę Helu (nad zatokę) i oglądaliśmy popisy kite-surferów:




I zobaczcie jaki czarodziejski krajobraz na wydmach!

