Szłam sobie rano rynkiem gdybając jak to było by dobrze, gdybym miała ten wózeczek… Bo jesień jedzeniowo jest najwspanialszą porą roku, Kupiłam pomidory by rozpocząć suszenie, nasze ulubione jabłka i gruszki… I właściwie o tym miałam dziś Wam napisać. Jak wracam do domu, kroję pomidory i układam je na pergaminie.
Ale jak to czasem bywa, scenariusz dnia był inny. Jechała sobie Łucja na rowerze i uderzyła w zaparkowane na poboczu auto. Ono nawet nie było na zakręcie, po prostu musiała jakoś łukiem zjechać. Z tak dużą siłą, że wybiła sobie dwa zęby. Górną jedynkę i dwójkę ze strasznie długim korzeniem. Ma zmasakrowane usta, obitą brodę i kawał zdartej skóry na biodrze.
Znaleźliśmy na szybkości klinikę, która nas po 15-stej przyjęła. Zrobili jej rentgena i wygląda na to, że w porządku. Oba zęby były mleczne, ale baliśmy się, czy nie została uszkodzona zębina. Jedynka już się chwiała, ale pewien problem może być z dwójką. Zalążek zęba już jest, ale wyjdzie najwcześniej za rok. Co niestety może być zapowiedzią problemów ortodontycznych, bo nic nie chroni miejscówki w dziąśle, której miał pilnować mleczak.
Strasznie jest obolała, a jak przypadkiem zobaczyła się wieczorem w lustrze, to zalała się łzami, że wygląda jak potwór. Ale opuchlizna już trochę zeszła. Nie pokażę jej, ale foto zębów (zanim podmieni je na zabawki Zębuszka) mogę wkleić. Dobrze, że coś tam mam zbunkrowane na specjalną okazję!

