Zapytała nas ciocia Diabla, czy nie chcemy thermomixa. Grzecznie odpowiedziałam, że nie. Ciocia ma dwóch synów i może ciociu, Darkowi się przyda? To co robię najczęściej, to te francowate kotleciki dla dzieci i w takiej maszynie ich nie zrobię. Może i to fajne, że jedna maszyna zastąpi wszystkie inne, ale skoro te wszystkie inne już mam, to nie potrzebuję więcej.
Ale wpada czasem sąsiadka i tak ględzi, że to takie super i może sobie Justynka sprawimy?Mówię, że nie, że nawet mi dawano, ale nie wzięłam, bo nie czuję potrzeby. I nie rozumieją tego. A u nas jest tak, że najgorzej jest ze składnikami. Gotowanie i przyrządzanie to nie problem, to jakoś po drodze wychodzi, zresztą to lubię. Ale nam WSZYSTKO się ciągle kończy. Zakupy można robić codziennie, a i tak wszystko zużywamy. Jak jedziemy do dziadków to Lutka nazywa to jakimś mega-spustem, że wmiatamy wszystko i czyścimy im zapasy 😉 A przecież nic nie jedzą, a Mieszko nie wszedł jeszcze w wiek nastoletni… Diabli mówi, że u wielodzietnych to tak jest 🙂 Może i tak. Ale muszę sobie w końcu ten wózeczek do ciągnięcia na rynek sprawić 😉
<><>
Lilka maluje. W przedszkolu siada, łapie kredkę i maluje. Jej chyba podoba się samo to, że mażesz i to zostawia ślad. Maluje więc, a potem wymyśla do tego historie. O smoku ziejącym ogniem, o jednorożcach czy tajemniczych potworach. A potem wręcza nam w dwóch rękach wielki plik kartek. BEZCENNYCH!

Uśmiechnięty smok i potwór o wielu uśmiechach, z których TYLKO jeden jest prawdziwy.

I osiołek wraz z jednorożcem, którzy są zakochani w kwiatach.

