Współczesna metodologia dziecięcego miejsca pracy zlewa problem biurka. Może być stół, sekretarzyk, poszerzony parapet czy wyższy stolik made in India. Lepiej prosty niż taki z pochyłym blatem i koniecznie stabilny. Za to dużo mówi się o prawidłowo dobranym krześle. Takim na jakim dziecko siedzi wyprostowane, łokcie ma na wysokości blatu i nie uderza się o poręcz. Takie krzesełka (ustawiane indywidualnie do dziecka) SĄ. Najwyższa półka do duńskie Stokke (dolne foto) i Danchairy (góra po lewej), a potem mamy czeskie i dwa rodzaje niemieckich. Sama od siebie nie lubię krzesełek na obrotowych kółeczkach, bo zawsze się o tego pająka na podłodze uderzę stopą, więc takie też na starcie odpadły…

Wybraliśmy białego Haucka (prawy górny róg).Takie krzesełko rośnie razem z dzieckiem, Łucja będzie mogła go użytkować do 10 roku życia, albo 40 kg wagi. Wzbiłam się zresztą na wyżyny mojego zakupowego talentu kupując je na niemieckim amazonie. Niby gogiel translater mi wszystko tłumaczył, ale tak przechodząc przez te zusammen, zusammen zamówiłam w końcu dwa. Na szczęście UDAŁO mi się anulować zamówienie (anuliren) zanim pobrało mi podwójną kwotę z konta :))


Zwolennicy tych krzesełek mówią, że chociaż dziecko nie może samo się przysunąć do stołu, to ich główna zaleta to TO, że wymuszają pozycję. Że dziecko na zwykłym krześle wierci się w milionach pozycji. Siedzi bokiem, siedzi w kucki, klęczy z nogami pod pupą, itp. Jedyna pozycja (poza zalecaną) jaka wyszła Łucji to odrzut głowy do tyłu :))

