Czytałam kiedyś wywiad z kobietą, którą nazwano najgorszą matką roku. Tytuł zdobyła wysyłając swoje 13-letnie dziecko same do szkoły metrem. Nowojorskim. Zostało to uznane za szczyt beztroski. Lecz jak czytało się jej poglądy na wychowanie to wyszło na to, że ona też ma swoje lęki i obawy, ale po prostu skoncentrowane na innych płaszczyznach. Opisała np. jak pokłóciła się z własną siostrą. Chciały gdzieś jechać autem, a siostra przed wejściem odblokowała wszystkie drzwi (tą blokadą w drzwiach, że od środka dziecko nie otworzy szarpiąc za klamkę).
- Czy chcesz, żeby moje dzieci wypadły podczas jazdy??
- Nie!Chcę by można je było wyjąć w przypadku stłuczki!
Ha! To bardzo dobry przykład na to, że każda sytuacja może być postrzegana dwojako. Rozumiem obie kobiety. Po pierwsze, jako dziecko miałam nieznośny nawyk otwierania drzwi podczas jazdy. Miałam wtedy z 15 lat (więc teoretycznie miałam już jakąś wyobraźnię), lecz coś sobie ubzdurałam i ciągle testowałam, czy utrzymam (podczas jazdy) otwarte drzwi. Lecz zawsze na jakimś zakręcie NIE utrzymywałam i wtedy rodzice w przedniej kanapy krzyczeli: Justyna!!! Co Ty masz znowu otwarte drzwi!!?! Ale znam też sytuację, gdy podczas poważniejszego wypadku by wyjąć pasażerów musiała przyjeżdżać straż pożarna, bo drzwi były nie do otworzenia od środka.
Do czego zmierzam? Wyskoczyłam po Lilę do przedszkola (to blisko). Łucja została z Mieszkiem. Drzwi zostawiam otwarte, bo jeśli okaże się, że mam jakieś opóźnienie, bo np. logopeda akurat ją wzięła na ćwiczenia, to mogę zadzwonić do sąsiadki (a właściwie do sąsiada, bo to on jest u nich kurą) i powiedzieć: Raf, podejdź do nas i zobacz co tam robią. Taki sprawdzony patent.
Aaaale w międzyczasie podeszła druga sąsiadka by podrzucić swoje dziecko. Weszła i zrobiła Łucji lekcję o bezpieczeństwie. By się zamykać; by jak ktoś puka -> wpierw przez okno podejrzeć kto to (wejść na okno w kuchni i wyjrzeć) i dopiero wtedy otwierać. Więc jak przyjechałam 10 minut później to drzwi były JUŻ zamknięte, a co gorsza przekręcone tak, że z zewnątrz nie dało się ich otworzyć. Gdy zaczęłam pukać za drzwiami zrobiło się poruszenie, bo by sięgnąć do zamka trzeba było dosunąć stołek. Jak już się dostałam urządziłam więc własną lekcję o bezpieczeństwie BY SIĘ NIE zamykać. Włażenie na parapet, wchodzenie na krzesło i w końcu zamykanie zamka, którego w nerwach nie potrafią otworzyć to takie średnie pomysły… Inna sprawa, że nie znoszę jak mi się ktoś w wychowanie dzieci miesza!
<><>
Łucji doszła podkładka na biurko. Uczona, która o szkole powiedziało ostatnio: Fajnie, ale nikt nie jest we mnie jeszcze zakochany 😉 , strasznie maże po blacie. Podkładka jest przezroczysta, z grubego matowego tworzywa, pod leży nią wycinaka kurpiowska z jakichś domowych zasobów i dojdzie plan lekcji. Mam inny plan co będzie pod spodem, ale zanim go zrealizuję niech będzie tak!
