dodatkowe

Zaczyna się październik więc ruszyły zajęcia dodatkowe. Z GOK-iem będą panny mieć dwa. Dziś (w poniedziałki) balet, a w soboty rano kółko plastyczne. Zapisaliśmy je też na zajęcia fizyczno-chemiczne, ale to kawałek dalej i zajęcia będą w co drugą niedzielę. 

No i niestety za nami pierwsze fiasko. Lilka na balecie urządziła taki show, że została wyproszona z laurką: ona niestety się nie nadaje. :/ Fatalnie! Bo to bardzo ważne, by miała jakieś ćwiczenia sportowe. Łucja jest dość aktywna, jeździ na rowerze do szkoły i ma w-f. A Lilka po tych wszystkich zmianach ustawowych na razie w przedszkolu rytmiki i gimnastyki nie ma, no i nie da się ukryć, że ona najchętniej siedzi i coś tam sobie dłubie. Z drugiej zaś strony to trochę nie fair wobec Łucji, że ona ciągle za sobą ciągnie takiego małego buczka. Chciała sobie poćwiczyć na balecie, a przyszło jej pocieszać siostrę. Na razie jednak nie odpuścimy. Zajęcia są opłacone za miesiąc z góry, więc co poniedziałek będą się obie w rynsztunku z tiulu na zajęcia stawiać i może (MOŻE) zechce jej się wejść :/

<><>

Dla równowagi zdjęcie nieodmiennie słodkiego Mieszeczka. Przyszło mi do głowy, że wiem co czują mężczyźni, którzy rozmawiają z uroczą dziewczyną. Taką, która podoba im się tak bardzo, że nie są w stanie się skoncentrować na tym co ona mówi czy traktować jej poważnie. Ja tak mam z tym uroczym Kluseczkiem.

Na grzyby!

Każda rodzina ma swoją metodę na zbieranie grzybów. W rodzinie np. Diabla do grzybów podchodzi się ambitnie. Pewnie bym nie uwierzyła, ale ponieważ w tym roku był z tatusiem na grzybach, to wiem, że to prawda… Bo z domu wyszedł o PIĄTEJ RANO, a w wrócił po 18-stej. Przez ten czas zjadł trzy kanapki, które mu rano przygotowałam i odwiedził 6 punktów leśnych :))

U nas w domu grzyby to przede wszystkim spacer. Jedzie się po śniadaniu i chodzi się przez 2-3 godziny. I bardzo jestem z tego dumna. W rodzinie maksymalistów i napinaczy to naprawdę niezły wyczyn takie luźne podejście. 

Mieszko, który cały czas jest na etapie mówienia dźwiękonaśladowczego (auto-brum, traktor-wrr, kot- miau) opanował kolejne słowo. TUNEL CZASU 🙂 To z bajki o dinozaurach. I tunel czasu wykrzykiwał za każdym razem jak widział gęste leśne chaszcze.

Lilę pochłonęło zbieranie liści i wątpliwość: CZY ten gatunek jest ZAGROŻONY? 😉

A prawdziwego grzybiarskiego bakcyla połknęła Łucja. Ona znalazła pierwszego grzyba i szukanie kolejnych było dla niej świetną zabawą :))

Znaleziona góra koźlaków, kilka podgrzybków i prawdziwków i ze 4 maślaki. Las był liściasty, więc tylko takie tam rosły 🙂 Kolejnym razem marzy nam się sosnowy w wielkimi polanami podgrzybków! :))

Znalazłam mój zamiennik piwa!

Dziadki podały do obiadu cydr. Pycha! O dziwo, choć nie przepadam za %-ami to mocniejszy podszedł mi bardziej. Aromatyczniejszy i te 7 % wyczuwalne jak w szampanie. Cydr to inaczej jabłecznik. Musujący, orzeźwiający i kwaskowaty. Bingo! 😀

<>

Diabla coś boli kręgosłup. Pyta: 

  • Justku, wymasujesz mnie dziś?

Podsłuchująca Lilka się włącza:

  • Ja to zrobię lepiej! 🙂

Tarta, crumle czy placek?

Lila strzela jakiegoś focha, więc by zmienić temat szybko rzucam:

  • Zobacz Lilu tę reklamę! Szybko!
  • Dlaczego?
  • Bo gra w niej najpiękniejsza kobieta świata! Pije wodę mineralną… Widzisz?
  • Wcale nie jest taka piękna.

:))

Rodzina piecze dla mnie właśnie ciasto ze śliwkami. Wygonili mnie na górę i mam zaczekać na efekt. To pomysł Łucji: że upiecze ciasto dla mamy 🙂 Od nastu dni pytała mnie jakie owoce lubię najbardziej. Mówiłam, że jabłka, ale Diabli wypaplał mi po co jej ta wiedza 😉 Więc szybko zmieniłam zeznanie na śliwki, bo tych mam w nadmiarze. Czuję te zapachy, więc pewnie zaraz będą mnie wołać 😉 Ja w tzw. międzyczasie przejrzałam akcesoria halloweenowe; przerzuciłam moje zimowe rzeczy na miejsce letnich i zapakowałam nas. Jutro jedziemy na weekend do dziadków! 🙂

fobie, lęki i dziwactwa (bo każda matka ma 1000 twarzy)

Czytałam kiedyś wywiad z kobietą, którą nazwano najgorszą matką roku. Tytuł zdobyła wysyłając swoje 13-letnie dziecko same do szkoły metrem. Nowojorskim. Zostało to uznane za szczyt beztroski. Lecz jak czytało się jej poglądy na wychowanie to wyszło na to, że ona też ma swoje lęki i obawy, ale po prostu skoncentrowane na innych płaszczyznach. Opisała np. jak pokłóciła się z własną siostrą. Chciały gdzieś jechać autem, a siostra przed wejściem odblokowała wszystkie drzwi (tą blokadą w drzwiach, że od środka dziecko nie otworzy szarpiąc za klamkę).

  • Czy chcesz, żeby moje dzieci wypadły podczas jazdy??
  • Nie!Chcę by można je było wyjąć w przypadku stłuczki!

Ha! To bardzo dobry przykład na to, że każda sytuacja może być postrzegana dwojako. Rozumiem obie kobiety. Po pierwsze, jako dziecko miałam nieznośny nawyk otwierania drzwi podczas jazdy. Miałam wtedy z 15 lat (więc teoretycznie miałam już jakąś wyobraźnię), lecz coś sobie ubzdurałam i ciągle testowałam, czy utrzymam (podczas jazdy) otwarte drzwi. Lecz zawsze na jakimś zakręcie NIE utrzymywałam i wtedy rodzice w przedniej kanapy krzyczeli: Justyna!!! Co Ty masz znowu otwarte drzwi!!?!  Ale znam też sytuację, gdy podczas poważniejszego wypadku by wyjąć pasażerów musiała przyjeżdżać straż pożarna, bo drzwi były nie do otworzenia od środka.  

Do czego zmierzam? Wyskoczyłam po Lilę do przedszkola (to blisko). Łucja została z Mieszkiem. Drzwi zostawiam otwarte, bo jeśli okaże się, że mam jakieś opóźnienie, bo np. logopeda akurat ją wzięła na ćwiczenia, to mogę zadzwonić do sąsiadki (a właściwie do sąsiada, bo to on jest u nich kurą) i powiedzieć: Raf, podejdź do nas i zobacz co tam robią. Taki sprawdzony patent.

Aaaale w międzyczasie podeszła druga sąsiadka by podrzucić swoje dziecko. Weszła i zrobiła Łucji lekcję o bezpieczeństwie. By się zamykać; by jak ktoś puka -> wpierw przez okno podejrzeć kto to (wejść na okno w kuchni i wyjrzeć) i dopiero wtedy otwierać. Więc jak przyjechałam 10 minut później to drzwi były JUŻ zamknięte, a co gorsza przekręcone tak, że z zewnątrz nie dało się ich otworzyć. Gdy zaczęłam pukać za drzwiami zrobiło się poruszenie, bo by sięgnąć do zamka trzeba było dosunąć stołek. Jak już się dostałam urządziłam więc własną lekcję o bezpieczeństwie BY SIĘ NIE zamykać. Włażenie na parapet, wchodzenie na krzesło i w końcu zamykanie zamka, którego w nerwach nie potrafią otworzyć to takie średnie pomysły… Inna sprawa, że nie znoszę jak mi się ktoś w wychowanie dzieci miesza!

<><>

Łucji doszła podkładka na biurko. Uczona, która o szkole powiedziało ostatnio: Fajnie, ale nikt nie jest we mnie jeszcze zakochany 😉 , strasznie maże po blacie. Podkładka jest przezroczysta, z grubego matowego tworzywa, pod leży nią wycinaka kurpiowska z jakichś domowych zasobów i dojdzie plan lekcji. Mam inny plan co będzie pod spodem, ale zanim go zrealizuję niech będzie tak! 

Krucjata o półksiężyce

Lutka ma piękne dłonie. Zawsze mówi o sobie: Mam piękne oczy i ręce. I to prawda. Oczy moje nawet lubię, ale dłoni mamuśce zazdroszczę. Ma długie palce i migdałowate paznokcie zaczynające się od równych i białych półksiężyców. Moje paluchy może i są szczupłe, ale mają zgrubienia na kostkach, a czegoś takiego jak półksiężyce nie ma. Chociaż kiedyś było…

Siedziałam więc tak sobie wczoraj przy necie z opcją: Przeczytałam już CAŁY internet. Lecz przypomniał mi się ten żal za utraconym pięknem więc wrzuciłam nowy temat do wyszukiwarki. I?? Doktor Gogiel twierdzi, że brak półksiężyców to objaw przemęczenia i osłabienia. Na paznokciach widać cały nasz stan zdrowia przez ostatnie 8 miesięcy. Luki w żywieniu i kondycję fizyczną. Detergenty i dołki nastrojowe. 

Diabla temat zirytował (ale on półksiężyce MA!!!) i uzasadnia to, że połowa ludzkości nie ma półksiężycy, ale przecież to można świetnie odbić ulubioną frazą wychowawczą moich rodziców: Zawsze równaj się do lepszych! Nigdy nie do gorszych! 🙂 Ruszam więc z programem: relaksacyjna jesień. Od dziś kładę się spać o 23-ciej. Muszę też jaką odżywkę do paznokci sobie sprawić. I nitrylowe rękawiczki. Btw. Wy pewnie też właśnie oglądacie własne paznokcie… Ale ja zamierzam te moje półksiężyce odzyskać! :))

Rude to nie kolor, to styl życia

– barmanka, którą usłyszał Diabli

Zostałam brunetką. Całkowicie przez przypadek i bez zamierzonego planu. Ot, własne gapiostwo. Zamawiam sobie te farby przez net. Nie ma na kartoniku zdjęcia tylko numer. Drobną rozmytą czcionką jest czasem niżej opisany kolor, ale średni blond rudawy głęboki brzmi równie enigmatycznie jak piaskowy rudy blond, więc tego nie czytam.

No i pomyliłam się w tych numerkach. Zamiast 8,30 połknęłam numeryczną dziesiątkę i zamówiłam 8,3. Po nałożeniu wydał mi się jakiś ciemny, ale że nie miałam czasu by się podziwiać przed lustrem zajęłam się przez 40 minut sprzątaniem w kuchni. 🙂

Łucja w emocjonalny dla siebie sposób łkliwie zapytała: Czy można to zmienić? Diabli mruknął: Kolorek Ci nie wyszedł a Mieszko pogłaskał mnie po głowie. W planie a) chciałam odczekać tydzień, dwa by walnąć planowany, ale minął dzień i tak myślę… a niech sobie taki kolorek na jesień pobędzie 😉 Trochę się spłucze, a w listopadzie rzucę któryś ulubiony rudy. Bo z wiekiem wbrew oczekiwaniom męża, który mi takie popielate blondy wybiera, najbardziej lubię siebie w rudych!

Za to Łucja marzy o warkoczu 🙂 Spinam jej tymi spineczkami kucyki, ale prawdziwa fryzura IDEALNA to właśnie WARKOCZ… 🙂

Leczowanie

Kupił Diabli na rynku WÓR papryki i rozpoczął przetwarzanie 😉 Nic nam nie wyszło z ubiegłorocznej próby wekowania leczo (ono niczym ogórki kiszone wybuchało) więc po prostu jemy na bieżąco. Wczoraj na kolację z plackami ziemniaczanymi (mąż mi cudownie kartofle z cebulą utarł i przygotował, a ja usmażyłam 🙂 a dziś dzień cały z chlebem 🙂

Plan jest by najeść się na zapas! 🙂

<><>

Łucja rozmawia z Lilą. Podsłuchuję i dolatuje do mnie fragment:

  • Jak chłopak jest ładny, to można na niego powiedzieć CIACHO.

Wtrącam się więc:

  • Łuczku a skąd Ty takie mądrości wiesz?
  • A co??
  • A nic. 🙂

Odkryty talent

Dziś znowu zajęcia ogólnorozwojowe, czyli warsztaty, choć tym razem tylko dla dziewczyn 😉 Dzień rozpoczęliśmy dzień od Robienia Mydełek, które okazały się absolutnie przecudownymi zajęciami. Dziewczyny wpadły w ekstazę podobną do tej, jaką miały przy robieniu koralików. Były skoncentrowane i nieprzytomne z przejęcia :)) Ale muszę przyznać, że organizacja była bez zastrzeżeń!

  1. Najpierw podpisali karteczki, które były przyklejone do foremek.
  2. Potem było wybieranie foremek. Lila wybrała okrągłe, Łucza owalne.
  3. Każde dziecko otrzymało zestaw cieniutkich mydlanych płytek. Tęczę kolorów, z której potem wycinało kształty.
  4. Każdy uczestnik dostał dłutka. Narzędzia były ostre, co tłumaczy dlaczego warsztaty były od 6 roku życia.
  5. Potem cięli i układali. Serca, ptaszki, jeżyki, kwiatki i chmurki.
  6. Ułożony wzór był zalewany przezroczystym mydłem o wybranym zapachu (Lilka brzoskwiniowym, Łucza gumy balonowej).
  7. Na czas kiedy mydła zastygały dzieci robiły ozdobne pudełka i torebki.

Wyszłyśmy stamtąd po dwóch godzinach świetnej zabawy z super pachnącymi wyrobami, planując jakie mydła zrobimy za rok 🙂 Zdjęć za bardzo nie mam, bo mi komórka padła :/ Ot jedno z etapu zalewania…

Ale najważniejsze nastąpiło później 🙂 Bo pognałyśmy na kolejne warsztaty, tym razem fizyczno-chemiczne. W inne miejsce, więc chwilę był dendżer, że nie zdążymy, ale się udało. I przyznam się, że nie byłam pewna, czy dziewczynom się spodoba. Ale było niesamowicie. Wyproszono rodziców (i dobrze, choć bałam się, że Lilka urządzi scenę). Prowadząca miała jednak na imię Lila, więc chmurna Lilka się rozchmurzyła 🙂 I to co nastąpiło później jest dla mnie na granicy cudu. Łucja mnie nie zaskoczyła – przeprowadziła jakiś eksperyment, gdzie do karafki nalała płynu i wywoła dżina. Były symulowane wybuchy różowej piany, która opadała na dzieci i pobrudziła sufit i mieszanie substancji. Ale to co najważniejsze to TO, że Lila znalazła swoje miejsce na ziemi. Przez dwie godziny słyszałam jak się cały czas śmieje i zadaje pytania. Podobało jej się tak bardzo, że wyniosła z laboratorium gumową rękawiczkę. Jej nie ma sensu zapisywać na kółka plastyczne. Uwielbiam jej obrazki, ale perfekcjonizm przeszkadza jej czerpać z tego przyjemność. Denerwuje się i gniecie własne dzieła. Za to tu to był jej żywioł. Przez nami więc szybka i trudna decyzja, czy zapisywać ją w tym roku do eksperymentalnego kółka?

Dodam jeszcze, że w sąsiedniej sali chłopcy (8-13 lat) budowali roboty. Na laptopach mieli schematy robota-konia, którego tworzyli z klocków Lego, a następnie do którego wkładali mechanizm. Łucja dała by sobie radę z budową takiego stwora, więc nie teraz, ale za dwa lata chciałabym by na takich próbnych-otwartych robo-zajęciach były. 

Warsztaty-start!

Rozpoczynamy sezon na wyszukiwanie dodatkowych atrakcji dla dzieciaków. Dużo tego, więc najbliższy weekend mamy aktywny :)) Dziś załapaliśmy się na Warsztaty Robienia Torebek, a już jutro kolejne zajęcia. Panny i chłopak dostali materiałowe torby (dziewczyny wzięły z długimi rączkami, a dla Mieszka wybrałam krótkie) i mieli je ozdabiać. Odciskali owoce i warzywa zanurzone w farbach do tkanin (kapusta pekińska zostawia super wzór!), przyklejali aplikacje i doszywali kokardki. Łucja zrobiła torbę z truskawkami na zakupy warzywno-owocowe, a Lilka „pastelową” 😉 Mieszkowi auto namalowałam ja, ale kolorował już samodzielnie. Wyszła na z tego piękna torba, która przyda się kiedyś do przedszkola na kapcie! 🙂