Jutro najgorętszy dzień lata!

Więc my pewnie znowu wylądujemy nad wodą 🙂 Za to dziś znalazłam w poczcie linka do galerii ze zdjęciami ze ślubu na jakim byliśmy z Diablim trzy tygodnie temu 🙂 Zdjęcia ładne, przygotowania romantyczne, wspaniałe zdjęcia jedzenia, ale wkleję Wam tylko trzy z nami. Btw. za każdym razem jak oglądam zdjęcia zawodowców czuję niedosyt możliwości mojego aparatu ://

<><>

Dziadki lada moment rozpoczynają podróż powrotną do domu. Pisali o wielkich kolorowych papugach i rajskim widoku na ocean z okna. Sam ślub był piękny i olśniewający. Zamiast ryżu goście dostali fajeczki i dmuchali na młodych bańkami (HA! Widzicie jakiego mam nosa do trendów ślubnych??? :DDD), wesele było przy basenie, po którym pływały świeczki, a gościom przygrywała kapela w stylu Santany. Były poprawiny dnia kolejnego na jachcie i była zbiorowa wycieczka wszystkich gości do aktywnego wulkanu, gdzie pławili się w gorących błotach. No i mają chłodniej niż my 🙂 A przecież są na równiku!

Makatka z marynarzem

Pochwalę się Wam jednym obrazkiem. Wynalazłam go na jarmarku w sobotę. Jarmark był mniejszy niż sandomierski, ale byli fajni, niszowi wystawcy. Kółka pasjonatów, hobbyści, zakątek wikliarzy itp. Ten obrazek, użyjmy nawet cudownego pachnącego kamforą słowa: makatka; wisiał na takim stojaku razem z innymi. Wszystkie dotyczyły morza i były w takich samych kolorach. Łodzie, latarnie, zachody słońca i ten marynarz. I wszystkie mi się podobały. Nawet potem w domu żałowałam, że nie wzięłam czterech to bym zrobiła z tego oparcia na krzesła ogrodowe, albo trzech by zrobić długie siedzisko. No, ale tak na gorąco przystanęłam i wybrałam marynarza, chociaż nie mam zupełnie pojęcia w którym miejscu domu go upchnąć i gdzie będzie pasował. Btw. był najdroższy, ale podobał mi się najbardziej.

Lecz dojdźmy do puenty tej historii. Otóż jak zachwycona łupem odchodziłam babka co je sprzedawała powiedziała do mnie:

  • Wie Pani, że wsparła Pani teraz Dom Opieki Społecznej? Te prace wykonali nasi pensjonariusze!
  • Tym bardziej jest mi miło – odparłam.

Obrazki były bardzo tanie. Kosztowały jednocyfrową kwotę, a mój marynarz nieznacznie ją przekraczał. I to nawet mnie przy oglądaniu zdziwiło. Pamiętam przecież, że 3 lata temu jak byłam z dziewczynami na wycieczce po Podlasiu trafiłam do szkoły plastycznej w Supraślu. Wybrałyśmy tam pracę z kotkiem. Jedną z najtańszych. Ale idea była słuszna: prace były wykonane przez uczniów, więc dawało się zarobić bezpośrednio jakiemuś nastolatkowi. I tamten kotek kosztował 25 zeta- 2x tyle co sobotni marynarz. I tak sobie myślę, że to trochę nie fair, że w obrębie amatorów łatwiej nam wydać pieniądze na pracę człowieka młodego. I że nawet starsi ludzie wyceniają swoje prace niżej niż powinni!

Szybkie decyzje

Straszny się dym zrobił z tego mojego poszukiwania rodziców parę dni temu. No, ale było tak:

Wylądować mieli o 23-ciej naszego czasu (tam było 8 godzin wcześniej), ale nie dostałam raportu doręczenia sms-a. Pomyślałam, że zaczekam do rana, bo może mają rozładowany telefon, albo zostawili adapter do kontaktów w hotelu i muszą kupić nowy. Ale przyszedł poranek, minęło 10 godzin od kiedy tam są i cały czas była cisza. Sprawdziłam więc lotnisko (samolot wylądował) i aktualne informacje (bo może jakieś strajki, czy kij wie co). Ale wszystko było w porządku (btw. okazało się potem, że byli zalogowani do złej sieci komórkowej: wysyłali, ale nie dochodziło, za to jak pojechali w miasto, to ich przełączyło i zeszły mi wszystkie wysłane przez nich od 23-ciej!)

Lecz wtedy, po tych 10 godzinach ciszy, zaczęłam się denerwować. Postanowiłam poszukać telefonu do ojca panny młodej- to znajomy Krzycha, a tata lubi notesiki z numerami telefonów. Ale nie znalazłam.

Potem przypomniało mi się, że mama panny młodej, ma siostrę Marysię. I ta jest najlepszą koleżanką Lutki. Zaczęłam szukać i znalazłam, że w telefonie stacjonarnym jest wklepana pod Mańka. Nie mogłam się do niej dodzwonić, ale jak w końcu ją złapałam, to okazało się, że ona kontaktuje się z nimi przez skype, ale on ciągle jest zajęty, bo tam wszyscy z tego korzystają. Nic się dowiedziałam, tyle, że podniosłam ciśnienie kolejnej osobie.

Następnie przyszło mi do głowy, że ta chrześnica Lutki powinna mieć konto na fejsie. Miała, ale założone kilka lat temu i ze śladową ilością aktywności. Tylko dołączanie znajomych i zmiana zdjęcia na profilu 15 lipca. Aha – pomyślałam, przed wyjazdem na wakacje, zmieniła fotkę i już nie zagląda. 

Zaczęłam więc kopać w jej znajomych, z których większość była spoza Polski. I okazało się, że jeden koleś zaczął pracę dwa miesiące temu, na Śląsku. I zrobił wpis 26 lipca! Ha! On napewno nie miał urlopu i jest dostępny w necie. Napisałam więc do niego z prośbą o podanie mi telefonu do Natalii, lub przesłanie jej mojego. Bo nie mam kontaktu z moimi rodzicami, którzy pojechali do niej na ślub i trochę się denerwuję.

Natalia odzwoniła do mnie 2 godziny później.

Ale chodzi o tego gościa, który ma teraz jakieś niesłabnące wąty, dlaczego ja do NIEGO napisałam. Zamiast do niej :/ Wytłumaczyłam mu, że źle oceniłam sytuację i dziękuję za pomoc.

 

Poradniki dla kobiet pełne są porad by się nie zastanawiać w sytuacjach zagrożenia. Jeśli wydaje się nam, że jakaś sytuacja jest dla nas niekomfortowa to wyjdźmy. Jeśli wydaje się nam, że rozmowa staje się nieprzyjemna, nie stawajmy w opozycji, a postarajmy się wycofać. A jeżeli idziemy ciemną ulicą i wydaje się nam, że ktoś za nami idzie, nie przyspieszajmy kroku, bo to może sprowokować, a od razu zaczynamy bieg. Bo lepiej narazić się na pukanie w czoło, czy bycie dziwną niż później żałować.

I to była ta sytuacja. Uznałam, że nic mnie to nie kosztuje i muszę to zrobić.

<<<<><>>>>

Dziś odwiedziliśmy skansen. Miało grzmieć, padać i walić gradem, ale znowu nas przysmażyło. Jutro nie dam się wkręcić prognozom i jedziemy prosto nad wodę :)) Skansen w Kolbuszowej jest super. Jest wielki i ciekawy. W weekendy są tam warsztaty kulinarne dla dzieci i miejsce ożywa. Ziemniaki wykopują ludzie w chłopskich strojach :), w zagrodach pojawiają się kury i kozy i ruszają karczmy. Otwierana jest szkoła, gdzie można się załapać na zajęcia. Ale i w bezludny poniedziałek bawiliśmy się świetnie. Jak weszliśmy razem z nami weszła duża grupa Hiszpanów. Przeszli szybko przez skansen zachwycając się jakie to stare i piękne. Ja zaś pomyślałam: O nie, znowu stare chaty… Ale spuściłam dzieciaki „ze smyczy” i one tak wspaniale odkryły dla nas to miejsce, że spędziliśmy tam ponad trzy godziny. Zwiedzanie z dziećmi jest kilka razy lepsze niż zwiedzanie bez nich!

Panorama części skansenu „zamieszkałej” przez Rzeszowiaków:

Lilka „schładza” się w podziemnym spichlerzu:

Słoneczniki przed szkołą (obok były grządki z poziomkami, które objedliśmy)

Łucja znalazła dom z drabiną prowadzącą na strych 🙂 I wlazła po niej na górę odkrywając górę suchej słomy 🙂

Zabawa polegała na ganianiu kaczek i gęsi. Zdenerwowane gubiły pióra, które następnie były zbierane 😉

Zbieraliśmy też żołędzie uczepione do gałązek do domowych warsztatów:

Przed karczmą:

A to widok na chatę części zwanej: Lasowiaki

Lilka, która bardzo chciałam żeby jej zrobić zdjęcie na którym jest SMUTNA:

Podwórko z sianem:

Tu Łucja, która wyciągnęła wodę ze studni i nalewała ją do koryta:

I też zresztą chciała mieć SMUTNE zdjęcie :)) Choć jak widać jej nie wyszło :))

Przełomy Tanwii

Dochodzę do paskudnego wniosku, że nie lubię niedziel. Chyba nawet wolę zabiegane zawsze poniedziałki. Btw. one są zabiegane przez niedziele. I nie chodzi o widmo nadchodzącego tygodnia, ale denerwuje mnie, że nic nie można załatwić. Rynek zamknięty, piekarnie nie pieką, a jak zajrzysz do marketu to półki świecą pustkami, bo nie ma ludzi do rozkładania towaru. Nie lubię też wyprzedaży i jak  zajrzałam dziś do sklepu z butami po nowe dla Łucji, to weszłam i wyszłam, bo te puste półki mnie irytują… Niedziela to zawsze wegetacja. I to zawsze w tłumie ludzi, bo wszyscy robią to samo co Ty… Przysmucam, nie? To zmiana tematu. Dziś wypoczynek nad wodą nad tradycyjną Tanwią. Wczoraj nas tak przypiekło, że musieliśmy się schować gdzieś gdzie jest dużo cienia. Woda jest dużo cieplejsza niż na początku lipca i zdecydowanie płytsza. Fotki dwie – zorientowałam się, że mam słabą baterię, więc chciałam resztkę mocy zostawić na kolejną atrakcję. Bo po kąpieli mieliśmy jechać na jakieś sołeckie zawody, które były pięć kilometrów dalej, ale jak wsiedliśmy do auta to dzieciaki zarządziły powrót.

Na pierwszej cienie, ale widać jak do buzi Lilki wędruje gałązka czarnej porzeczki, a druga to zoom na drzewo. Łaziły po nim jakieś czerwone chrząszcze, które zostaŁY dokładnie obejrzane 😉 Ten grill z boku to nie nasz, ale wiecie dobrze, że gdzie się nie pojedzie to naród na plażach piknikuje :))

<><>

  • Jak Ci idzie dieta, Justku?
  • Już ważę 62.
  • To dobrze czy źle?
  • Bardzo dobrze. Już trzy kilo mi zeszły.
  • Oooo, a ćwiczysz?
  • Nie… Ale jem te sałatki. Wiesz, że jeżdżę codziennie z Łucją po warzywa.
  • Ale tylko sałatki?
  • No przede wszystkim.
  • 4 razy dziennie?
  • No 2-3. Główka sałaty schodzi mi w jeden dzień.
  • A jaką taką sałatę kupujesz? Lodową, masłową?
  • Ostatnio kupuję taką z fioletowymi liśćmi. Krucha, bardzo dobra.
  • A co z białkiem?
  • Czasem jem sałatki z jajkiem na twarda, a czasem z rybą z puszki. Właściwie to taki upał, że nie chce mi się nic jeść. Piję wodę i jeszcze jem owoce.
  • To nieźle. Ja właśnie zjadłem dwa hamburgery.
  • No widzisz, jak Ci beze mnie źle ;))

update po 19-stej: zadzwonił do mnie mąż i kazał poprawić wpis 😉 On jadł BURGERY! Takie, które samodzielnie sobie zrobił z mięsa mielonego, pomidorka, sałaty i cebuli cukrowej. I specjalnie rano jeździł do sklepu po świeżą bułkę (PSZENNĄ) :)) Przepraszam, kochanie za to niedocenienie. Btw. cebulę sałatkową też jadam! 🙂

A w herbie ma gwiazdę i półksiężyc

Z czym Wam się kojarzy Tarnobrzeg? Mi z siarką. Wydobywaną odkrywkowo, w sposób inwazyjny dla środowiska. Wiatr roznosił siarkowy pył po całym województwie tworząc żółte kożuchy na kałużach. Lecz od 14 lat nie ma już mocarnego Siarkopolu, a doły powstałe po wydobywaniu siarki (jak ten niżej) zalała woda tworząc siedliska dla kaczek i łabędzi. Ja pamiętam jak było, a tym co przyszli po mnie historię przypomina np pomnik łupka siarki przy wjeździe do miasta (up).

Dziś miasto stara się promować inaczej i na pewno fajnie by było gdyby się im udało. W końcu mówiąc „Śląsk” nikt już nie myśli o górnikach, a o zamkach, spa, ścieżkach górskich czy ośrodkach akademickich. 

Włodarze organizują imprezy cykliczne, rozstawiają fontanny po mieście i stworzyli zalew. Wielki prawie jak Solina.

Dziś były obchody św. Dominika. Bardzo bym chciała kiedyś na Dominika dotrzeć do Gdańska (i zresztą duża na to szansa, bo tam sobie obchody na 3 tygodnie rozciągnęli ;)ale rano na Jarmark Dominikański podjechaliśmy bliżej, bo do Tarnobrzega.

Niżej Mieszko Wam pozuje z szydełkowym lewkiem, którego sobie właśnie wybrał 🙂 Tępię na tych jarmarko- festynach kupowanie masowo-jednorazowych zabawek. Łucja co prawda wybrała sobie dmuchanego kotka (to coś w kolorze blue obok), lecz później tego żałowała (bo w puli każdy ma jedną rzecz ;). Niepotrzebnie zresztą, bo kotek przydał się chwilę później nad wodą. 

No i zalew Machowski, nazywany również Jeziorem Machowskim, utworzony w niecce po kopalni. Tuż obok Wisły, ale od niej niezależny. Wypełniony jej wodą w okresie kiedy posiadała 1-szą grupę czystości (czyli pewnie wczesną wiosną). Zalew wielki, z mariną i jachtami. Dłuuuga piaszczysta plaża i łagodne zejście do wody (idzie się i idzie i cały czas płytko). Woda jest ciepła, czysta i przejrzysta. I sięga aż po horyzont niemalże. Taki trochę zgrzyt estetyczny to betonowe zwieńczenie plaży, no ale tak samo jest nad Soliną i Łucza wykorzystała to do wspinaczki 🙂 Duuuży minus za całkowity brak drzew i cienia, ale małe drzewka już zasadzone! 🙂

Widzicie ten błyszczący eliptyczny kształt nad głową Łucji? To właśnie kotek 😉

Dialog dobrej-do-podsłuchiwania-pary na kocu obok. On opowiada jak by to było gdyby miał jakąś deskę:

  • Biegł bym sobie po plaży jak PAMELKA ze Słonecznego Patrolu.
  • Tak. Tylko, że Tobie nie cycki, a brzuch by się trząsł.

:)))

W gniazdku na akacji

Nie mogłam tych moich rodziców namierzyć. Ostatni esemes był wczoraj o 10 rano, że jadą na lotnisko, a potem nastąpiła cisza. Krzycho swoją komórkę rozwalił, a teoretycznie działająca Lutki była wyłączona. Cały dzień się motałam. Dzwoniłam do brata, ale on też nie miał od nich sygnału i nie wyłączałam outlooka (drugie okno zajmował tamtejszy onet, gdzie na bieżąco sprawdzałam najświeższe wiadomości). Scenariusze co to je miałam w głowie były przerażające. Najłagodniejsza wersja zakładała, że leki Lutki zostały uznane jakieś mocne dragi i dziadki utknęły w południowo-amerykańskim więzieniu. I tu rozwiązanie jawiło mi się łatwo: środki są, ich drugie dziecko jest życiowo zaradniejsze, więc wynajmujeMY drogi Bratku, Rutkowskiego i ich stamtąd wyciągamy. Potem Krzycho ma swoje 5 minut w mediach, a ja przechodzę blogowy coming out. Ale to była wersja z przed południa. Kolejne były już mniej zabawne…

Dziś o 19-stej ich złapałam 🙂 Tak na okrętkę i angażując taki sztab ludzi, że chyba przez konsulat było by szybciej. A co robiły SŁOWIKI? Słowiki miały wczoraj imprezę, a dziś  za samego rana ruszyły wynajętym autem na zwiedzanie wyspy (z panną młodą pogadałam).

Sprzątam więc sobie teraz zabawki po dzieciach, słucham jak głośno dają tu cykady, właśnie pod dach poleciał nietoperz i tak sobie myślę, czy oni nie mogą jak normalne dziadki pojechać z wnukami nad morze i denerwować się, że dzieci do zimnej wody wchodzą?? Albo, że nie chcą jeść owoców?? Dzień miałam przez nich dzisiaj straszny :/

 

btw. przed sekundą przyszedł sms od Krzycha, wysłany z komórki Lutki. Przypomnijmy, że poprzedni dostałam 35 godzin temu. Cytuję Wam treść: Mam za mało krótkich spodenek. Znowu Lucia mnie źle spakowała. SŁOWIKI, nie? Prawdziwe! :DD

Letnia dieta

Dzień rozpoczynamy od zakupów na rynku. W okolicach siódmej rano budzi mnie Łucja i szeptem krzyczy: Szybko! Jedziemy! I rzeczywiście szybko, zanim maluchy się obudzą gnamy na rowerach na rynek. Po drodze zahaczamy o piekarnię (chleb, ale bez bułek, których ostatnio nie jadają) i cukiernię (chałka i drożdżówki, gdyż Lutka twierdzi, że w cukierni są lepsze, bo słodsze). A wracając Łucja wypija kompot z truskawek w barze mlecznym 🙂 Jak tak gnamy w tamtą stronę to ustalamy co kupujemy. Jeśli jedziemy na plażę to bierzemy owoce twarde, jak nektaryny i śliwki, a jeśli piknikujemy w domu to bierzemy maliny i jagody. Zawsze też dorzucam coś dla mnie do sałatek. No bo właśnie sałatki są bazą mojej obecnej diety. W domu buntuje mi się Diabli, ale tak bez niego mogę sobie na to pozwolić. 

Olać zresztą temat diety… Uwielbiam te poranki z Łucją! Dochodzę do wniosku, że kluczem do udanych wakacji i udanego przeżywania życia jest celebrowanie małych rzeczy. Mogłabym przecież podjechać autem, zrobić zakupy, przywieźć i mieć kilka dni zakupów z głowy. A tak rozciągam te wszystkie czynności w czasie. I ten czas staje się po prostu lepszy!