

Przyznam się szczerze, że dawno nie było wyjazdu do którego bym się tak przygotowywała. Jak już znałam termin imprezy to miesiąc temu zarezerwowałam nam nocleg w schronisku (będzie o tym osobny wpis), potem wydrukowałam sobie mapkę z zaznaczonymi miejscami eventów i ich opis. Przejrzałam na gastronautach knajpy pod kątem menu dziecinnego i potem przejrzałam te menu i wybrałam zgodne z naszymi ulubieniami. Sprawdziłam zasięg płatnej strefy parkowania w Lublinie i ceny za godzinę parkingu. A na koniec weszłam na stronę mojego banku by się dowiedzieć, gdzie stoją MOJE bankomaty 🙂

Zabrakło wiedzy o samym festiwalu i opis występujących. Jechałam z nastawieniem by wziąć udział w przynajmniej jednym pokazie w namiocie i zobaczyć linoskoczków, a wybierać musiałam również w imprezach otwartych rozgrywanych równolegle w kilku miejscach. No i upał był nieznośny. Miało być ochłodzenie, czy jakieś burze w sobotę, ale temperatura od wczesnych godzin porannych była powyżej 30 stopni i rosła. Schładzaliśmy się w rozstawionych przez miasto kurtynach i przy fontannach, lecz było to męczące.


Kozioł jest dość częstym motywem. Wsparty o winorośl jest herbem Lublina, więc i w miejskiej architekturze go nie brakuje 🙂 Btw. Lubelskie juwenalia nazywają się Kozienalia!


Sama impreza? Super! Mam bardzo duży niedosyt wieczornych atrakcji. Dzieciaki padały od tego upału i nie było możliwości by zobaczyć połykaczy ognia, płonących obręczy i wielkich migoczących instalacji. Nie poszliśmy też na przedstawienie w namiocie, bo po prostu się bałam temperatury w środku. O 20-stej pewnie było by okej, ale 17-sta to było za gorąco.


Na obiad poszliśmy do knajpy żydowskiej, gdzie powitano nas „Szalom” 🙂 Zjadłam wątróbkę w miodzie (zupełnie niezłe 🙂



Jemy i jemy wachlując się wachlarzami rozdawanymi gościom festiwalu, a nad głowami zaczynają nam chodzić na linach akrobaci… Szaleństwo! 🙂 A wiecie, jacy to przystojni goście? :))


No i buskerzy. Uliczni klauni, showmani i grajkowie. Mimowie, kuglarze i tancerze. Siadaliśmy jak widzieliśmy gościa z walizką, a po chwili zaczynał się show. Niżej Hiyro – busker z Japonii, który wyjątkowo się podobał Mieszkowi 🙂


A Lublin jest cudowny! Można po nim chodzić, zaglądać do pięknych kościołów, siedzieć w kawiarniach, albo kupować bułki z grillowaną wołowiną i zaglądać do długich bram…



Tak bawiliśmy się w czarodziei przez całe dwa dni! :DDD Tu macie jeszcze stronę Carnivalu 😉

ps. Ach i jeszcze chyba najważniejsze z mojego punktu widzenia. Atmosfera była niesamowita jeśli chodzi o dzieci. Ci wszyscy zjawiskowi goście, co skakali na linach, cudowali na placach, albo uczyli żonglerki byli fantastycznie pro-dzieciowi. Trudno zachwycać się dziewczynami, bo one to już gwiazdy, ale Mieszko co chwila był adorowany przez grupki artystów Karnawału. A to ktoś do niego zagadał, a to pogłaskał, a to po prostu się uśmiechał.