warsztaty doniczkowe

Czyli jak zająć stadko sąsiedzkich dzieci…

  1. Zbieramy małe doniczki (nakrętki, opakowania, itp)
  2. Wręczamy i każemy wykleić spód plasteliną.
  3. Wysyłamy po ogrodzie lub osiedlu w poszukiwaniu ciekawych kwiatków i roślinek.
  4. Pod jakiejś godzinie podziwiamy doniczkowe ogródki 🙂

poprawiny

Długi weekend, ponoć ostatni upalny w tym roku, to czas imprez ogrodowych. Niedobitki co nie wyrwały się na jakieś przedłużone urlopy grillują, gawędzą i opowiadają o tym co robiły na wakacjach i co warto zrobić za rok. Tam gdzie są dzieci dochodzą tematy podręczników, biurek i plecaków. 

Trochę więc pod hasłem świętowania urodzin Łucji, a trochę z potrzeby sąsiedzkiego posiedzenia przy jedzeniu zrobiliśmy spotkanie i my. Z sąsiednich ogródków dobiegały piski brykających dzieciaków, a skądinąd unosił się dym z brykietów.

Zanim jednak goście się zeszli cyknęłam kilka fotek 🙂 Spod parasola, czyli podgląd na Lilkę i Młodego:

Fikołki na fotelu:

Oraz fikołki dziewczyn na tacie:

A potem już goście przyszli i dzieci wypełniły OBA baseny 🙂 Btw. płatki z armat zostały wyzbierane i wrzucone do basenów. Białe motylki były papierowe więc się zdegradowały w porannej rosie, ale fioletowe płatki okazały się być z materiału, więc dobrze że zostały wyzbierane 😉

Kościuszko

Zabawna wczoraj wyszła sytuacja… Diabli ma zamorskiego brata Francza (no dobra, od niedawna jest znowu nie tak znowuż zamorski, ale cały czas zagraniczny). I ten brat po polsku mówi słabo, choć stara się… I rozmawiał przez telefon z siostrą Diabla. I pyta:

  • A co tam u Łukasza? Jak tam jego dzieci? Jak się ten mały nazywa? Kościuszko?

:)) Czyli coś tam mu z historii Polski dzwoni, ale nie do końca z tej epoki :))

<><>

Pokochałyśmy tego lata z dziewczynami paski do paznokci. Takie o… I co malujemy to na pasiaście!

Siódme – armatnie!

Odświętowane 🙂 Dla Łucji było to na tyle ważne wydarzenia, że tym co jej składali życzenia 12-stego mówiła: Tak, mam dziś urodziny, ale prawdziwe urodziny będą w czwartek 🙂 A my pokonawszy poranną gonitwę rozpoczęliśmy imprezę! Przybyły dziadki, rodzeństwa i babcia Diabla. Jubilatkę obsypano górą prezentów, które choć wspaniałe pochłonęły ją mniej niż przyjęcie.

Jedzeniowo starałam się utrzymać smaki kuchni arabskiej. A więc był humus podany razem z pokrojonymi warzywami (ogórki, rzodkiewka i w planach był seler naciowy, ale mi nie smakował, więc wyleciał), kurczak tadżin, który serwowałam już na któreś tam urodziny Lili, mini tarty na cieście francuskim z pomidorami i sałatka z kalarepką i polędwiczkami. Wszystko było bardzo dobre i to fajny zestaw na letnie spotkania ogrodowe!

Tort był bezowy. Gotowe spody przełożyłam masą ze śmietanki i mascarpone wymieszaną z malinami, jeżynami i borówką. Też będę do tego zestawu wracać. 

No i najważniejsze… Armaty z motylami i płatkami to extra pomysł 🙂 Wystrzelone zaraz po zdmuchnięciu świeczek, a przed „Sto lat…”. Bałam się, że wymyśliłam jakieś coś co albo się-nie-odpali, albo po prostu-nie-spodoba, ale było wspaniałe. Łucja promieniała, a Mieszko opowiadał pół wieczoru co to się działo!

Nie wiem czy wiecie, że są kultury w których uważa się, że szatan skusił Ewę nie jabłkiem, lecz pomidorem. I od pomidora, tak trochę biblijnie i uroczyście miała się zacząć dzisiejsze party. Zerwane z naszych krzaczków dwa najbardziej dojrzałe owoce pokroiłam i przygotowałam do testowania. Oczywiście, o wszystkim w tym biegu zapomniałam, więc goście dostali plaster boskiego pomidora o grubej skórce na odchodne :))

Raz jeszcze najlepszego, moja piękna siedmiolatko! 🙂

przygotowania 32

1) pojechałam z dziewczynami do fryzjera 🙂 I trafiłyśmy na super babkę, która po raz pierwszy obcięła Łucji włosy tak jak należy to robić… Bo moi drodzy, kręcone włosy… należy przed obcięciem rozprostować! Widać wtedy dokładnie, że niepotrzebnie były skracane na czubku i że na dole są krzywe i za długie. Nawet jej to po wizycie powiedziałam (Łucji). Że zawsze musi chodzić do dobrego fryzjera, który przed strzyżeniem zada sobie trud rozprostowania. Bo kręcone włosy wymagają specjalnego traktowania :))  Foto z prostymi zostało szybko zrobione, bo już się z powrotem skręcają :)) 

2) wytestowałam mój nowy garnek do zapiekania. W planie a) miałam go użyć na jutrzejszą imprezę, ale on w sumie za mały. Przełożyłam więc do niego kilka zamarynowanych na jutro mięsiw (zrobię je niestety w wersji tradycyjnego pojemnika żaro-forte) i sprawdziłam w wersji obiad dla dwojga 🙂 Pycha! Mięso się rozpływało :))

3) zalałam wodą ciecierzycę. Zrobię jutro humus (przepis stąd). Podobno tahini (jeden ze składników) można zrobić podsmażając delikatnie ziarna sezamu. Ale jak wyobraziłam sobie mnie i podsmażanie sezamu to miałam wizję dymu i goryczy… Zamówiłam więc słój arabskiego tahini. Sentymentalnie z Libanu. Dlaczego sentymentalnie? Ano, miałam kiedyś narzeczonego z Bejrutu. Ech, to był pavarotti :))) Diabli do dzisiaj nie lubi o nim słuchać :p Ale to zupełnie inna historia…

PTSM

Myśląc o wyjeździe do Lublina szukałam jakiegoś taniego noclegu. Pierwotnie miało to być pole namiotowe. Jakieś stare igloo jest, a dla dzieciaków była to by to duża atrakcja. Ale poszukałam, popytałam, poforumowałam i okazało się, że z tymi polami namiotowymi to w Polsce słabo. Brzęczało mi w głowie, że powinien być jakiś nad jeziorem Białym, ale i on został zlikwidowany. W okolicach Lublina pól namiotowych jakby nie było nie ma. 

Hmm… I wtedy przypomniały mi się schroniska młodzieżowe. Sprawdziłam i bingo! W Lublinie, prawie w samym centrum jest. Zadzwoniłam, dopytałam się czy ja, chociaż nie młodzież, mogę się zatrzymać i zarezerwowałam miejsce. Btw. z tytułu liczebności (1+3) zapisano nas od razu na salę wieloosobową, do której i tak nikt nigdy nie dochodzi.

Nocleg okazał się super. Cenowo absolutnie nie do przebicia, a warunki przyzwoite. Koce pachniały jakąś naftaliną, ale pod prysznicami była ciepła woda a w nocy było cicho i spokojnie. Zresztą jak to mawia mój sąsiad-emeryt: Wracam z wakacji i wypoczywam w tych moich luksusach, bo przecież na urlopie zawsze się śpi w gorszych warunkach niż ma się w domu. Jedzie się przeżywać, a nie przesypiać.

Razem z nami były jeszcze 3 „grupy”. Dwie rodziny ze Śląska, jedna zakochana para z Krakowa. Wszyscy przyjechali dobrymi autami, a dwie rodziny były z nastoletnimi dziećmi. Dziewczyny z Młodym skakały z łóżka na łóżko (ale sami rozumiecie, że sześć łóżek stojących w rzędzie stwarza wspaniałe możliwości), ja oblekałam zieloną pościelą, którą dostałam w okienku przy „recepcji”, koce i naprawdę mi się tam spodobało. Na fali fascynacji schroniskami przejrzałam nawet stronę PTSM, by dowiedzieć się gdzie to można by się jeszcze tak zatrzymać (btw. baza na stronie jest mocno niekompletna) i wiecie, że nie wiem czy nie wyrobić sobie legitymacji? :))

<><>

Lila stoi goła przed lustrem i się ogląda. Zagaduję:

  • Podobasz się sobie?
  • Tak.
  • A co najbardziej? Zobacz jakie masz piękne okrągłe ramiona, gładką skórę, długie nogi…
  • Najbardziej podoba mi się moja psitka.

🙂 Ot, cała Lila.

Siedem!

Równo siedem lat temu, chwilę po SIEDEMnastej urodziła się Łucja. Dziewczyna jest super. Jest takim dzieckiem z którego rodzice są dumni. Jest mądra, zdolna i opiekuńcza. Ostatnio dorosła. Coraz częściej bawi się sama i najmocniejszy duet w trójce tworzą Lila z Mieszkiem. Maluchy. Ona zaszywa się gdzieś z książeczką, jakimś artystycznym projektem albo swoimi tajemnicami. Łucja jest dobra. Nie wiem co jest wyżej niż dobra, ale ona jest w tej dobroci absolutna. Wszystkie jej działania są uwarunkowane samopoczuciem innych. Te starania by nikogo nie zranić, czasem aż mnie martwią…

Jest też szalenie empatyczna. Pamiętacie ten dzień kiedy próbowałam się skontaktować z dziadkami? Byłam wtedy nieznośna – i ona jak gąbka, jak lustrzane odbicie reagowała tak samo jak ja. Tak jak nasz cudak Lila jest skoncentrowana wyłącznie na sobie: na swoich humorach, huśtawkach emocji i gonitwie myśli i to ją kształtuje; tak Łucję przenikają nastroje innych. Można powiedzieć, że Łucja jest jak bluetooth 😉 Ona odbiera wszystko wokół. Dla porównania Lila jest jak wifi, może zauważa inne urządzenia, ale niekoniecznie chce się z nimi połączyć 🙂

Przed nami, jako rodzicami trudne zadanie. Tak jak Lilę musimy nauczyć zauważać innych, tak Łucję musimy nauczyć uszczelnienia się przed innymi. I to chyba będzie nawet trudniejsze.

Właściwa impreza w czwartek, ale dziś Moja Kochana Wszystkiego Najlepszego!

Home sweet home

Dziadki opalone i wypoczęte wróciły z wakacji. Nawet nie pokłóceni, lecz tak dobrze naładowani energią. By po locie i po zmianie czasuszybko doszli do siebie nie przedłużałam kanikuły.Zapakowaliśmy się do naszego auta (którym jeszcze wczoraj przybył Diabli) i ruszyliśmy do domu.

Kolejna bardzo udana wakacyjna tura za nami! Przyznałam się tylko przed odjazdem Lutce, że korzystałam z tego, że jej nie ma i używałam RÓŻNYCH pokrywek do RÓŻNYCH garnków :)) To taka moja mała złośliwość, bo mamuśka jest bardzo zasadnicza i u niej wszystko ma do siebie pasować :)) Powiedziała, że okej, więc dorzuciłam też, że na trasie do Lublina jak jechaliśmy jej autem to fotoradar strzelił mi fotkę 🙂 I to też wybaczyła, więc nie przeginając kolejnymi wyznaniami co nabroiłam zmyliśmy się 😉

W domu czekały na mnie różne paczuszki przybyłe pocztą. Dotarły chińskie guziki i kluczyki (zastosowania jeszcze nie wymyśliłam), ale dziewczynom już się podobają…

I nasze rodzime spody bezowe z Łubnicy:

Otworzyliśmy okna a Diabli wyszedł ze mną do ogródka by pokazać mi jak zasypane owocami są nasze krzaki pomidorów. Wziął jedną gałązkę do ręki i PIERWSZY czerwony  podłużny pomidor spadł mu do środka dłoni! 🙂 Już zresztą komisyjnie zjedzony. Dobry, słodki, choć z grubą skórką. To ostatnie to wina upałów i zbyt silnego bezpośredniego słońca. Im mocniejsze, tym skórka wychodzi grubsza. Dlatego hodowcy je pod folią chowają.

Sztuk_Mistrze!

Przyznam się szczerze, że dawno nie było wyjazdu do którego bym się tak przygotowywała. Jak już znałam termin imprezy to miesiąc temu zarezerwowałam nam nocleg w schronisku (będzie o tym osobny wpis), potem wydrukowałam sobie mapkę z zaznaczonymi miejscami eventów i ich opis. Przejrzałam na gastronautach knajpy pod kątem menu dziecinnego i potem przejrzałam te menu i wybrałam zgodne z naszymi ulubieniami. Sprawdziłam zasięg płatnej strefy parkowania w Lublinie i ceny za godzinę parkingu. A na koniec weszłam na stronę mojego banku by się dowiedzieć, gdzie stoją MOJE bankomaty 🙂 

Zabrakło wiedzy o samym festiwalu i opis występujących. Jechałam z nastawieniem by wziąć udział w przynajmniej jednym pokazie w namiocie i zobaczyć linoskoczków, a wybierać musiałam również w imprezach otwartych rozgrywanych równolegle w kilku miejscach. No i upał był nieznośny. Miało być ochłodzenie, czy jakieś burze w sobotę, ale temperatura od wczesnych godzin porannych była powyżej 30 stopni i rosła. Schładzaliśmy się w rozstawionych przez miasto kurtynach i przy fontannach, lecz było to męczące. 

Kozioł jest dość częstym motywem. Wsparty o winorośl jest herbem Lublina, więc i w miejskiej architekturze go nie brakuje 🙂 Btw. Lubelskie juwenalia nazywają się Kozienalia!

Sama impreza? Super! Mam bardzo duży niedosyt wieczornych atrakcji. Dzieciaki padały od tego upału i nie było możliwości by zobaczyć połykaczy ognia, płonących obręczy i wielkich migoczących instalacji. Nie poszliśmy też na przedstawienie w namiocie, bo po prostu się bałam temperatury w środku. O 20-stej pewnie było by okej, ale 17-sta to było za gorąco.

Na obiad poszliśmy do knajpy żydowskiej, gdzie powitano nas „Szalom” 🙂 Zjadłam wątróbkę w miodzie (zupełnie niezłe 🙂

Jemy i jemy wachlując się wachlarzami rozdawanymi gościom festiwalu, a nad głowami zaczynają nam chodzić na linach akrobaci… Szaleństwo! 🙂 A wiecie, jacy to przystojni goście? :)) 

No i buskerzy. Uliczni klauni, showmani i grajkowie. Mimowie, kuglarze i tancerze. Siadaliśmy jak widzieliśmy gościa z walizką, a po chwili zaczynał się show. Niżej Hiyro – busker z Japonii, który wyjątkowo się podobał Mieszkowi 🙂 

A Lublin jest cudowny! Można po nim chodzić, zaglądać do pięknych kościołów, siedzieć w kawiarniach, albo kupować bułki z grillowaną wołowiną i zaglądać do długich bram…

Tak bawiliśmy się w czarodziei przez całe dwa dni! :DDD Tu macie jeszcze stronę Carnivalu 😉

ps. Ach i jeszcze chyba najważniejsze z mojego punktu widzenia. Atmosfera była niesamowita jeśli chodzi o dzieci. Ci wszyscy zjawiskowi goście, co skakali na linach, cudowali na placach, albo uczyli żonglerki byli fantastycznie pro-dzieciowi. Trudno zachwycać się dziewczynami, bo one to już gwiazdy, ale Mieszko co chwila był adorowany przez grupki artystów Karnawału. A to ktoś do niego zagadał, a to pogłaskał, a to po prostu się uśmiechał. 

Jedyne miejsce, gdzie dało się dziś oddychać to była woda

Naprawdę. Jak wychodziliśmy na brzeg to aż zatykało. Lecz odwiedziliśmy dziś rzekę Tanew i na szczęście siedzieliśmy na wspaniałej, odkrytej niedawno miejscówce. Woda na takim lekkim zakolu rozlewa się szerzej i stworzyła mielizny. Ludzie tam rozstawiali sobie leżaki, a kawałek dalej za kąpiącymi zarzucali wędki (koleś w ciemnych kąpielówkach). Rozsiedliśmy się, choć bezpośrednio na wodzie i MY 🙂

Ja i Mieszko byliśmy tekstylni :) Ja mam spalone plecy, a on jest bielutki z natury, więc chciałam go pozasłaniać. Panny nie wyraziły na zakrywanie zgody, więc tylko je grubo posmarowałam kremem.

Ja i Lilka siedziałyśmy na paro-centymetrowej wodzie. Ja się na niej kładłam, a Lila mi po prostu towarzyszyła 🙂

Łucja biegała. W te i spowrotem po tej płyciźnie 🙂 Czasem łaziła też po konarach przyniesionych przez rzekę.

I jeszcze zoom na rzekę. Takie spiętrzone w oddali (taka biała kreska nad powierzchnią wody) to te słynne „szumy na Tanwii„, czyli mini-wodospady odpowiedzialne za wzbijanie wytwarzanego przez rzekę jodu.

<><><><>

Dziś zaczęła się w Lublinie impreza Karnawał Sztukmistrzów. Przez 4 dni miasto szturmują cyrkowcy, iluzjoniści i czarodzieje. Pomiędzy domami będą rozciągnięte sznury, po których będą chodzić akrobaci, a na błoniach pod zamkiem będą namioty z cyrkiem i magami. Imprezę odkryłam rok temu i wpisałam w grafik na przyszły rok. Czyli na 2013. Jedziemy. Nie wiem jak to w takim upale wyjdzie, ale plan A jest taki: wyjazd jutro rano, a powrót w sobotę wieczorem.