Otrułam rodzinę… No dobra, strułam, nie otrułam. I to nie tylko ich, ale i siebie Mogłabym zwalić na cebulowe paluszki, który dziadek Krzycho przywiózł wczoraj wracając z Wilna, ale powód jest inny. Nieświeży kalafior na kolację. Wygrzebany w krańcu szuflady lodówki…
- Pierwszy był Mieszko. Wczoraj koło 23 zwymiotował przez sen. Poszłam, zmieniłam poduszkę, tak by go nie budzić i wróciłam do łóżka.
- Około drugiej w nocy dopadło Łucję. 4x w sekwencjach co 20 minut. Nie doszłabym do tego ile to razy było, ale ratowałam sytuację ręcznikami, a tych rano było brudnych cztery.
- Koło czwartej w łazience wylądowałam ja. Poszło aż nosem…
- O piątej do naszej sypialni przyszła Lila z rzygiem w ręce.
- O szóstej Mieszko dostał biegunki
- (a chwilę później jego tatuś)
A jako, że był ten tatin bezsilny, do pracy nie poszedł, za to pojechał do sklepu po bułki i jakieś chrupaki. Ja ugotowałam dzieciakom ryż. Dwie godziny później wysłałam go znowu do sklepu, lecz tym razem po Colę. I poszliśmy znowu całą rodziną spać. Budziliśmy się, wstawaliśmy, do dziewczyn co chwila ktoś przychodził, więc spławiałam. Koło 16-stej upiekłam kurczaka, którego zjadł Mieszko z Lilą i ta dwójka ma się już zupełnie dobrze. Łucja je tylko prażone jabłka, ale dobre i to. Jutro powinniśmy już być w formie :))
