Dziś rano miałam ściąganie świętokrzyskich szwów z głowy Mieszka. Obrzydliwe to, ale i pozytywne, że jak drugi raz ogląda się rozbitą głowę, emocje są są dużo mniejsze. Miałam w sobie siłę by uspokoić Łucję z jej szlochem i dać do zrozumienia pomagającym mi osobom, że chociaż cieszy mnie ich zaangażowanie to ogarniam sytuację. Okoliczności jak to tego typu rzeczy były banalne. Dzieciaki weszły ze mną i z walizką do pokoju, zostawiłam je na chwilę (do auta po kosmetyczkę), to gdy wróciłam Mieszko stał już w drzwiach z dziurą w głowie. Zajęło mu to jakieś pięć minut.
Szwów ściąganie poszło szybko a dok pochwalił młodego, że nawet dorośli nie są tak grzeczni. Podpowiem Wam tylko, że jeśli odpukać będziecie kiedyś robić jakieś takie zabiegi poza swoim miejscem zamieszkania to polecam brać skierowanie na zdjęcie szwów do poradni chirurgicznej ogólnej, a nie na chirurgię dziecięcą, bo to rzadszy oddział jest, więc to czy będzie się przyjętym musi być wcześniej skonsultowane z lekarzem.
Z nitkami i już bez nitek:

I dla porównania dwuletnia blizna Lilki. Ona jednak była, jak widać, ranna poważniej. I oboje z tej samej strony się kontuzjowali :))

<><>
Zasypiająca Lila ma różne jedzeniowe pragnienia. Na ogół kończy się na obranej marchewce i świeżym ogórku. Rano ją pytam:
- A co to za dziewczyna, która zasnęła zanim zdążyłam jej przynieść ogórka??
- To wszystko przez tą kulę! 🙂
