lęgowisko i zimowisko

Była na rynku u dziadków dziewczyna. Z irokezem. Sprzedawała jabłka i śliwki. I taki roztaczała wokół siebie luz, jakby sprzedawała makatki na Jamajce, a nie owoce na Podkarpackim rynku. Była stanowcza, ale działała bez nerwów i pośpiechu. Dziewczyny zawisły na na jej skrzynkach i nie mogły od niej oczu oderwać. Ona rzuciła tylko: Ta pani była pierwsza, więc spokojnie czekałam aż dojdzie w nasz zakątek. W międzyczasie przechodziły jakieś dwie panny i ona zagadała do nich:

  • Wołałam Cię wczoraj przez okno!
  • A Ty w siódemce mieszkasz?
  • Nie, ale Cię widziałam. Wołałam, ale przeszłaś.
  • Aaa… A ja myślałam, że to mnie ta.. wołała.
  • Nie, ale ona jest w porządku. Myśmy w Irlandii razem mieszkały.

I wszystko stało się jasne. Ten luz to nabytek z zagranicy. Może i na zimę, jak to przedstawicielkę pokolenia X wywiewa ją na wyspy, ale w lecie wraca i sprzedaje owoce rodziców. Praca ją nie stresowała, a przebieranie w odmianach śliwek (czerwone są wybitne) sprawiało jej przyjemność. I tak sobie pomyślałam, że może nie jest taka zła ta sezonowa migracja młodych?

<><>

Pamiętacie jak kupiłam sobie piórka? Później doszły szablony (z All), a dziś dziewczyny robiły ptaszki. Malowały pastelami drewienka, dodawały ruchome oczy i obklejały piórkami. I efekt końcowy jest zupełnie niezły. Więc nawet tak myślę, że przed Wielkanocą zaptaczymy cały dom! :))