

Odświętowane 🙂 Dla Łucji było to na tyle ważne wydarzenia, że tym co jej składali życzenia 12-stego mówiła: Tak, mam dziś urodziny, ale prawdziwe urodziny będą w czwartek 🙂 A my pokonawszy poranną gonitwę rozpoczęliśmy imprezę! Przybyły dziadki, rodzeństwa i babcia Diabla. Jubilatkę obsypano górą prezentów, które choć wspaniałe pochłonęły ją mniej niż przyjęcie.
Jedzeniowo starałam się utrzymać smaki kuchni arabskiej. A więc był humus podany razem z pokrojonymi warzywami (ogórki, rzodkiewka i w planach był seler naciowy, ale mi nie smakował, więc wyleciał), kurczak tadżin, który serwowałam już na któreś tam urodziny Lili, mini tarty na cieście francuskim z pomidorami i sałatka z kalarepką i polędwiczkami. Wszystko było bardzo dobre i to fajny zestaw na letnie spotkania ogrodowe!
Tort był bezowy. Gotowe spody przełożyłam masą ze śmietanki i mascarpone wymieszaną z malinami, jeżynami i borówką. Też będę do tego zestawu wracać.
No i najważniejsze… Armaty z motylami i płatkami to extra pomysł 🙂 Wystrzelone zaraz po zdmuchnięciu świeczek, a przed „Sto lat…”. Bałam się, że wymyśliłam jakieś coś co albo się-nie-odpali, albo po prostu-nie-spodoba, ale było wspaniałe. Łucja promieniała, a Mieszko opowiadał pół wieczoru co to się działo!








Nie wiem czy wiecie, że są kultury w których uważa się, że szatan skusił Ewę nie jabłkiem, lecz pomidorem. I od pomidora, tak trochę biblijnie i uroczyście miała się zacząć dzisiejsze party. Zerwane z naszych krzaczków dwa najbardziej dojrzałe owoce pokroiłam i przygotowałam do testowania. Oczywiście, o wszystkim w tym biegu zapomniałam, więc goście dostali plaster boskiego pomidora o grubej skórce na odchodne :))

Raz jeszcze najlepszego, moja piękna siedmiolatko! 🙂
