1) pojechałam z dziewczynami do fryzjera 🙂 I trafiłyśmy na super babkę, która po raz pierwszy obcięła Łucji włosy tak jak należy to robić… Bo moi drodzy, kręcone włosy… należy przed obcięciem rozprostować! Widać wtedy dokładnie, że niepotrzebnie były skracane na czubku i że na dole są krzywe i za długie. Nawet jej to po wizycie powiedziałam (Łucji). Że zawsze musi chodzić do dobrego fryzjera, który przed strzyżeniem zada sobie trud rozprostowania. Bo kręcone włosy wymagają specjalnego traktowania :)) Foto z prostymi zostało szybko zrobione, bo już się z powrotem skręcają :))

2) wytestowałam mój nowy garnek do zapiekania. W planie a) miałam go użyć na jutrzejszą imprezę, ale on w sumie za mały. Przełożyłam więc do niego kilka zamarynowanych na jutro mięsiw (zrobię je niestety w wersji tradycyjnego pojemnika żaro-forte) i sprawdziłam w wersji obiad dla dwojga 🙂 Pycha! Mięso się rozpływało :))


3) zalałam wodą ciecierzycę. Zrobię jutro humus (przepis stąd). Podobno tahini (jeden ze składników) można zrobić podsmażając delikatnie ziarna sezamu. Ale jak wyobraziłam sobie mnie i podsmażanie sezamu to miałam wizję dymu i goryczy… Zamówiłam więc słój arabskiego tahini. Sentymentalnie z Libanu. Dlaczego sentymentalnie? Ano, miałam kiedyś narzeczonego z Bejrutu. Ech, to był pavarotti :))) Diabli do dzisiaj nie lubi o nim słuchać :p Ale to zupełnie inna historia…
