Home sweet home

Dziadki opalone i wypoczęte wróciły z wakacji. Nawet nie pokłóceni, lecz tak dobrze naładowani energią. By po locie i po zmianie czasuszybko doszli do siebie nie przedłużałam kanikuły.Zapakowaliśmy się do naszego auta (którym jeszcze wczoraj przybył Diabli) i ruszyliśmy do domu.

Kolejna bardzo udana wakacyjna tura za nami! Przyznałam się tylko przed odjazdem Lutce, że korzystałam z tego, że jej nie ma i używałam RÓŻNYCH pokrywek do RÓŻNYCH garnków :)) To taka moja mała złośliwość, bo mamuśka jest bardzo zasadnicza i u niej wszystko ma do siebie pasować :)) Powiedziała, że okej, więc dorzuciłam też, że na trasie do Lublina jak jechaliśmy jej autem to fotoradar strzelił mi fotkę 🙂 I to też wybaczyła, więc nie przeginając kolejnymi wyznaniami co nabroiłam zmyliśmy się 😉

W domu czekały na mnie różne paczuszki przybyłe pocztą. Dotarły chińskie guziki i kluczyki (zastosowania jeszcze nie wymyśliłam), ale dziewczynom już się podobają…

I nasze rodzime spody bezowe z Łubnicy:

Otworzyliśmy okna a Diabli wyszedł ze mną do ogródka by pokazać mi jak zasypane owocami są nasze krzaki pomidorów. Wziął jedną gałązkę do ręki i PIERWSZY czerwony  podłużny pomidor spadł mu do środka dłoni! 🙂 Już zresztą komisyjnie zjedzony. Dobry, słodki, choć z grubą skórką. To ostatnie to wina upałów i zbyt silnego bezpośredniego słońca. Im mocniejsze, tym skórka wychodzi grubsza. Dlatego hodowcy je pod folią chowają.