Pochwalę się Wam jednym obrazkiem. Wynalazłam go na jarmarku w sobotę. Jarmark był mniejszy niż sandomierski, ale byli fajni, niszowi wystawcy. Kółka pasjonatów, hobbyści, zakątek wikliarzy itp. Ten obrazek, użyjmy nawet cudownego pachnącego kamforą słowa: makatka; wisiał na takim stojaku razem z innymi. Wszystkie dotyczyły morza i były w takich samych kolorach. Łodzie, latarnie, zachody słońca i ten marynarz. I wszystkie mi się podobały. Nawet potem w domu żałowałam, że nie wzięłam czterech to bym zrobiła z tego oparcia na krzesła ogrodowe, albo trzech by zrobić długie siedzisko. No, ale tak na gorąco przystanęłam i wybrałam marynarza, chociaż nie mam zupełnie pojęcia w którym miejscu domu go upchnąć i gdzie będzie pasował. Btw. był najdroższy, ale podobał mi się najbardziej.
Lecz dojdźmy do puenty tej historii. Otóż jak zachwycona łupem odchodziłam babka co je sprzedawała powiedziała do mnie:
- Wie Pani, że wsparła Pani teraz Dom Opieki Społecznej? Te prace wykonali nasi pensjonariusze!
- Tym bardziej jest mi miło – odparłam.
Obrazki były bardzo tanie. Kosztowały jednocyfrową kwotę, a mój marynarz nieznacznie ją przekraczał. I to nawet mnie przy oglądaniu zdziwiło. Pamiętam przecież, że 3 lata temu jak byłam z dziewczynami na wycieczce po Podlasiu trafiłam do szkoły plastycznej w Supraślu. Wybrałyśmy tam pracę z kotkiem. Jedną z najtańszych. Ale idea była słuszna: prace były wykonane przez uczniów, więc dawało się zarobić bezpośrednio jakiemuś nastolatkowi. I tamten kotek kosztował 25 zeta- 2x tyle co sobotni marynarz. I tak sobie myślę, że to trochę nie fair, że w obrębie amatorów łatwiej nam wydać pieniądze na pracę człowieka młodego. I że nawet starsi ludzie wyceniają swoje prace niżej niż powinni!


