Straszny się dym zrobił z tego mojego poszukiwania rodziców parę dni temu. No, ale było tak:
Wylądować mieli o 23-ciej naszego czasu (tam było 8 godzin wcześniej), ale nie dostałam raportu doręczenia sms-a. Pomyślałam, że zaczekam do rana, bo może mają rozładowany telefon, albo zostawili adapter do kontaktów w hotelu i muszą kupić nowy. Ale przyszedł poranek, minęło 10 godzin od kiedy tam są i cały czas była cisza. Sprawdziłam więc lotnisko (samolot wylądował) i aktualne informacje (bo może jakieś strajki, czy kij wie co). Ale wszystko było w porządku (btw. okazało się potem, że byli zalogowani do złej sieci komórkowej: wysyłali, ale nie dochodziło, za to jak pojechali w miasto, to ich przełączyło i zeszły mi wszystkie wysłane przez nich od 23-ciej!)
Lecz wtedy, po tych 10 godzinach ciszy, zaczęłam się denerwować. Postanowiłam poszukać telefonu do ojca panny młodej- to znajomy Krzycha, a tata lubi notesiki z numerami telefonów. Ale nie znalazłam.
Potem przypomniało mi się, że mama panny młodej, ma siostrę Marysię. I ta jest najlepszą koleżanką Lutki. Zaczęłam szukać i znalazłam, że w telefonie stacjonarnym jest wklepana pod Mańka. Nie mogłam się do niej dodzwonić, ale jak w końcu ją złapałam, to okazało się, że ona kontaktuje się z nimi przez skype, ale on ciągle jest zajęty, bo tam wszyscy z tego korzystają. Nic się dowiedziałam, tyle, że podniosłam ciśnienie kolejnej osobie.
Następnie przyszło mi do głowy, że ta chrześnica Lutki powinna mieć konto na fejsie. Miała, ale założone kilka lat temu i ze śladową ilością aktywności. Tylko dołączanie znajomych i zmiana zdjęcia na profilu 15 lipca. Aha – pomyślałam, przed wyjazdem na wakacje, zmieniła fotkę i już nie zagląda.
Zaczęłam więc kopać w jej znajomych, z których większość była spoza Polski. I okazało się, że jeden koleś zaczął pracę dwa miesiące temu, na Śląsku. I zrobił wpis 26 lipca! Ha! On napewno nie miał urlopu i jest dostępny w necie. Napisałam więc do niego z prośbą o podanie mi telefonu do Natalii, lub przesłanie jej mojego. Bo nie mam kontaktu z moimi rodzicami, którzy pojechali do niej na ślub i trochę się denerwuję.
Natalia odzwoniła do mnie 2 godziny później.
Ale chodzi o tego gościa, który ma teraz jakieś niesłabnące wąty, dlaczego ja do NIEGO napisałam. Zamiast do niej Wytłumaczyłam mu, że źle oceniłam sytuację i dziękuję za pomoc.
Poradniki dla kobiet pełne są porad by się nie zastanawiać w sytuacjach zagrożenia. Jeśli wydaje się nam, że jakaś sytuacja jest dla nas niekomfortowa to wyjdźmy. Jeśli wydaje się nam, że rozmowa staje się nieprzyjemna, nie stawajmy w opozycji, a postarajmy się wycofać. A jeżeli idziemy ciemną ulicą i wydaje się nam, że ktoś za nami idzie, nie przyspieszajmy kroku, bo to może sprowokować, a od razu zaczynamy bieg. Bo lepiej narazić się na pukanie w czoło, czy bycie dziwną niż później żałować.
I to była ta sytuacja. Uznałam, że nic mnie to nie kosztuje i muszę to zrobić.
<<<<><>>>>
Dziś odwiedziliśmy skansen. Miało grzmieć, padać i walić gradem, ale znowu nas przysmażyło. Jutro nie dam się wkręcić prognozom i jedziemy prosto nad wodę :)) Skansen w Kolbuszowej jest super. Jest wielki i ciekawy. W weekendy są tam warsztaty kulinarne dla dzieci i miejsce ożywa. Ziemniaki wykopują ludzie w chłopskich strojach :), w zagrodach pojawiają się kury i kozy i ruszają karczmy. Otwierana jest szkoła, gdzie można się załapać na zajęcia. Ale i w bezludny poniedziałek bawiliśmy się świetnie. Jak weszliśmy razem z nami weszła duża grupa Hiszpanów. Przeszli szybko przez skansen zachwycając się jakie to stare i piękne. Ja zaś pomyślałam: O nie, znowu stare chaty… Ale spuściłam dzieciaki „ze smyczy” i one tak wspaniale odkryły dla nas to miejsce, że spędziliśmy tam ponad trzy godziny. Zwiedzanie z dziećmi jest kilka razy lepsze niż zwiedzanie bez nich!

Panorama części skansenu „zamieszkałej” przez Rzeszowiaków:

Lilka „schładza” się w podziemnym spichlerzu:

Słoneczniki przed szkołą (obok były grządki z poziomkami, które objedliśmy)

Łucja znalazła dom z drabiną prowadzącą na strych 🙂 I wlazła po niej na górę odkrywając górę suchej słomy 🙂

Zabawa polegała na ganianiu kaczek i gęsi. Zdenerwowane gubiły pióra, które następnie były zbierane 😉

Zbieraliśmy też żołędzie uczepione do gałązek do domowych warsztatów:

Przed karczmą:



A to widok na chatę części zwanej: Lasowiaki

Lilka, która bardzo chciałam żeby jej zrobić zdjęcie na którym jest SMUTNA:

Podwórko z sianem:

Tu Łucja, która wyciągnęła wodę ze studni i nalewała ją do koryta:

I też zresztą chciała mieć SMUTNE zdjęcie :)) Choć jak widać jej nie wyszło :))

