W gniazdku na akacji

Nie mogłam tych moich rodziców namierzyć. Ostatni esemes był wczoraj o 10 rano, że jadą na lotnisko, a potem nastąpiła cisza. Krzycho swoją komórkę rozwalił, a teoretycznie działająca Lutki była wyłączona. Cały dzień się motałam. Dzwoniłam do brata, ale on też nie miał od nich sygnału i nie wyłączałam outlooka (drugie okno zajmował tamtejszy onet, gdzie na bieżąco sprawdzałam najświeższe wiadomości). Scenariusze co to je miałam w głowie były przerażające. Najłagodniejsza wersja zakładała, że leki Lutki zostały uznane jakieś mocne dragi i dziadki utknęły w południowo-amerykańskim więzieniu. I tu rozwiązanie jawiło mi się łatwo: środki są, ich drugie dziecko jest życiowo zaradniejsze, więc wynajmujeMY drogi Bratku, Rutkowskiego i ich stamtąd wyciągamy. Potem Krzycho ma swoje 5 minut w mediach, a ja przechodzę blogowy coming out. Ale to była wersja z przed południa. Kolejne były już mniej zabawne…

Dziś o 19-stej ich złapałam 🙂 Tak na okrętkę i angażując taki sztab ludzi, że chyba przez konsulat było by szybciej. A co robiły SŁOWIKI? Słowiki miały wczoraj imprezę, a dziś  za samego rana ruszyły wynajętym autem na zwiedzanie wyspy (z panną młodą pogadałam).

Sprzątam więc sobie teraz zabawki po dzieciach, słucham jak głośno dają tu cykady, właśnie pod dach poleciał nietoperz i tak sobie myślę, czy oni nie mogą jak normalne dziadki pojechać z wnukami nad morze i denerwować się, że dzieci do zimnej wody wchodzą?? Albo, że nie chcą jeść owoców?? Dzień miałam przez nich dzisiaj straszny :/

 

btw. przed sekundą przyszedł sms od Krzycha, wysłany z komórki Lutki. Przypomnijmy, że poprzedni dostałam 35 godzin temu. Cytuję Wam treść: Mam za mało krótkich spodenek. Znowu Lucia mnie źle spakowała. SŁOWIKI, nie? Prawdziwe! :DD