Dzień rozpoczynamy od zakupów na rynku. W okolicach siódmej rano budzi mnie Łucja i szeptem krzyczy: Szybko! Jedziemy! I rzeczywiście szybko, zanim maluchy się obudzą gnamy na rowerach na rynek. Po drodze zahaczamy o piekarnię (chleb, ale bez bułek, których ostatnio nie jadają) i cukiernię (chałka i drożdżówki, gdyż Lutka twierdzi, że w cukierni są lepsze, bo słodsze). A wracając Łucja wypija kompot z truskawek w barze mlecznym 🙂 Jak tak gnamy w tamtą stronę to ustalamy co kupujemy. Jeśli jedziemy na plażę to bierzemy owoce twarde, jak nektaryny i śliwki, a jeśli piknikujemy w domu to bierzemy maliny i jagody. Zawsze też dorzucam coś dla mnie do sałatek. No bo właśnie sałatki są bazą mojej obecnej diety. W domu buntuje mi się Diabli, ale tak bez niego mogę sobie na to pozwolić.
Olać zresztą temat diety… Uwielbiam te poranki z Łucją! Dochodzę do wniosku, że kluczem do udanych wakacji i udanego przeżywania życia jest celebrowanie małych rzeczy. Mogłabym przecież podjechać autem, zrobić zakupy, przywieźć i mieć kilka dni zakupów z głowy. A tak rozciągam te wszystkie czynności w czasie. I ten czas staje się po prostu lepszy!
