Rowerowe lato

Było, było, no i się skończyło (foto-mix wyżej to ostatnie dni). Przełomem TYCH trzech miesięcy były rowery. Na dwóch kółkach nauczyła się jeździć Łucza oraz Lila (choć ta druga postanowiła jednak nie jeździć w ogóle). Mieliśmy rower i MY. Pierwszy raz od zawsze. Co prawda pożyczony, ale i tak zrewolucjonizował nasze życie. Można było na szybko wyskoczyć do sklepu, albo odwieźć Łucję do szkoły na rowerze (pod szkołą był rowerowy parking, gdzie przypinała swój rower, a ja wracałam). Zresztą co tu kryć, moje podejście do rowerów jest „użytkowe, a nie sportowe” (podjazd do spożywczaka jest mi bliższy niż rajd), więc nawet jak miałam sprawę na drugim końcu osiedla wolałam machnąć te kilka razy pedałami niż iść.

To kolejne z rzędu wakacje spędzone w Polsce i po raz kolejny okazało się to świetnym miejscem na urlop. Czy to kwestia ocieplenia klimatu, czy coraz atrakcyjniejszej bazy turystycznej, ale to pomysł rosnącej liczby osób. I wygrywa nie tylko pomorze, ale i zalewy i jeziora w całej Polsce. Do Polski ściągają Polacy z zagranicy na wakacji, a na podkarpackich zalewach raz po raz słychać jak rodzice nawołują Kewina czy Stiwena (true, true). Baa, w takim Janowie trafiłam raz na grupę wypoczywających nastoletnich włoszek.

Skąd one tam i kto je tam ściągnął???

Nie wiem, nie wiem, ale dziewczyny były miejscem zachwycone. Zresztą w samej naszej grupie znajomych tylko TRZY dzieciowe małżeństwa miały tego lata epizod zagraniczny. Jedna para była tydzień w Grecji, jedna para na 2-tygodniowym godnym pozazdroszczeniu pływaniu z dzieciakami po oceanie razem z ludźmi opiekującymi się delfinami (!!!), a jedna na Węgrzech. Btw. Ci co wypoczywali na Węgrzech, nie wracali zadowoleni z urlopu od kiedy tylko mają dzieci, a tym razem wrócili… zachwyceni! Bo co tu kryć, urlop, szczególnie z dziećmi, w zbliżonym kręgu kulturowym jest po prostu łatwiejszy.

Było ciepło, owocowo i przygodowo. Najważniejszym przedmiotem okazała się nawigacja. Słuchałam jakiejś moto-audycji w czerwcu, gdzie prowadzący mówił, że to coś-tam coś-tam to taki archaizm jak nawigacja na przylepiec do szyby 😉 No cóż, rzeczywiście używam obecnie takiej w komórce, ale uważam, że TO jaką mamy nawigację nie ma znaczenia – ważne by była aktualna. Jak szukałam tego szpitala w Kielcach z rannym Mieszkiem, była już noc. Obce mi okolice, godzina po 22-giej, czyli ciemności doskonałe. A ONA mi mówiła: skręć w prawo, na rondzie zjedź pierwszym zjazdem, dotarłeś do celu. Doprowadziła mnie do umieszczonego na jednokierunkowej ulicy szpitala dziecinnego i wyprowadziła z ruchliwego (nawet o 23-ciej!) miasta przez małe miasteczka do oddalonej o 30 km noclegowni. Sprawna nawigacja to nie tylko wygoda, ale i bezpieczeństwo.

Grała różna muzyka. Hitem europejskich playlist był Avicii i jego Wake Me Up (i to fajny kawałek), lecz wśród naszych rodzimych przebojów też było czego słuchać. I powiem Wam, że jeśli Kamil Bednarek skręci jeszcze jednego reggea podobnego hita, to może nawet stanie w szranki z Enejem w konkursie o Sylwestrowy HIT?

 

Balladyna

Otrułam rodzinę… No dobra, strułam, nie otrułam. I to nie tylko ich, ale i siebie :/ Mogłabym zwalić na cebulowe paluszki, który dziadek Krzycho przywiózł wczoraj wracając z Wilna, ale powód jest inny. Nieświeży kalafior na kolację. Wygrzebany w krańcu szuflady lodówki… 

  • Pierwszy był Mieszko. Wczoraj koło 23 zwymiotował przez sen. Poszłam, zmieniłam poduszkę, tak by go nie budzić i wróciłam do łóżka.
  • Około drugiej w nocy dopadło Łucję. 4x w sekwencjach co 20 minut. Nie doszłabym do tego ile to razy było, ale ratowałam sytuację ręcznikami, a tych rano było brudnych cztery.
  • Koło czwartej w łazience wylądowałam ja. Poszło aż nosem…
  • O piątej do naszej sypialni przyszła Lila z rzygiem w ręce.
  • O szóstej Mieszko dostał biegunki 
  • (a chwilę później jego tatuś)

A jako, że był ten tatin bezsilny, do pracy nie poszedł, za to pojechał do sklepu po bułki i jakieś chrupaki. Ja ugotowałam dzieciakom ryż. Dwie godziny później wysłałam go znowu do sklepu, lecz tym razem po Colę. I poszliśmy znowu całą rodziną spać. Budziliśmy się, wstawaliśmy, do dziewczyn co chwila ktoś przychodził, więc spławiałam. Koło 16-stej upiekłam kurczaka, którego zjadł Mieszko z Lilą i ta dwójka ma się już zupełnie dobrze. Łucja je tylko prażone jabłka, ale dobre i to. Jutro powinniśmy już być w formie :))

wątek mało estetyczny

Dziś rano miałam ściąganie świętokrzyskich szwów z głowy Mieszka. Obrzydliwe to, ale i pozytywne, że jak drugi raz ogląda się rozbitą głowę, emocje są są dużo mniejsze. Miałam w sobie siłę by uspokoić Łucję z jej szlochem i dać do zrozumienia pomagającym mi osobom, że chociaż cieszy mnie ich zaangażowanie  to ogarniam sytuację. Okoliczności jak to tego typu rzeczy były banalne. Dzieciaki weszły ze mną i z walizką do pokoju, zostawiłam je na chwilę (do auta po kosmetyczkę), to gdy wróciłam Mieszko stał już w drzwiach z dziurą w głowie. Zajęło mu to jakieś pięć minut.

Szwów ściąganie poszło szybko a dok pochwalił młodego, że nawet dorośli nie są tak grzeczni. Podpowiem Wam tylko, że jeśli odpukać będziecie kiedyś robić jakieś takie zabiegi poza swoim miejscem zamieszkania to polecam brać skierowanie na zdjęcie szwów do poradni chirurgicznej ogólnej, a nie na chirurgię dziecięcą, bo to rzadszy oddział jest, więc to czy będzie się przyjętym musi być wcześniej skonsultowane z lekarzem.

Z nitkami i już bez nitek:

I dla porównania dwuletnia blizna Lilki. Ona jednak była, jak widać, ranna poważniej. I oboje z tej samej strony się kontuzjowali :))

<><>

Zasypiająca Lila ma różne jedzeniowe pragnienia. Na ogół kończy się na obranej marchewce i świeżym ogórku. Rano ją pytam:

  • A co to za dziewczyna, która zasnęła zanim zdążyłam jej przynieść ogórka??
  • To wszystko przez tą kulę! 🙂

a la w podobie LUNY

Nigdy nie przepadałam za końcem sierpnia. Ta wizja nadchodzącego roku szkolnego niszczyła piękne i kolorowe krajobrazy następującej szybko jesieni. I dziś wcale nie jest łatwiej. Czasy mamy takie, że Witaj Szkoło króluje w supermarketach od połowy wakacji. Mało tego… I-sza klasa to polowanie na biurko, kupowanie podręczników i wybieranie krzesełka, więc nawet jeśli nie JA będę uczniem, to MOJE myśli krążą wokół edukacji… Ale panny są zadowolone. Jesień? Może i źle nie było latem, ale za to jesienią jest Halloween!!!  I one już są pochłonięte odliczaniem 😉

<>

Kącik łóżkowy Lili zarobił papierową lampę. Podobno kuliste przedmioty w sypialni kojarzymy z księżycem i mogą nam pomóc zasnąć. No cóż, zobaczymy…

lęgowisko i zimowisko

Była na rynku u dziadków dziewczyna. Z irokezem. Sprzedawała jabłka i śliwki. I taki roztaczała wokół siebie luz, jakby sprzedawała makatki na Jamajce, a nie owoce na Podkarpackim rynku. Była stanowcza, ale działała bez nerwów i pośpiechu. Dziewczyny zawisły na na jej skrzynkach i nie mogły od niej oczu oderwać. Ona rzuciła tylko: Ta pani była pierwsza, więc spokojnie czekałam aż dojdzie w nasz zakątek. W międzyczasie przechodziły jakieś dwie panny i ona zagadała do nich:

  • Wołałam Cię wczoraj przez okno!
  • A Ty w siódemce mieszkasz?
  • Nie, ale Cię widziałam. Wołałam, ale przeszłaś.
  • Aaa… A ja myślałam, że to mnie ta.. wołała.
  • Nie, ale ona jest w porządku. Myśmy w Irlandii razem mieszkały.

I wszystko stało się jasne. Ten luz to nabytek z zagranicy. Może i na zimę, jak to przedstawicielkę pokolenia X wywiewa ją na wyspy, ale w lecie wraca i sprzedaje owoce rodziców. Praca ją nie stresowała, a przebieranie w odmianach śliwek (czerwone są wybitne) sprawiało jej przyjemność. I tak sobie pomyślałam, że może nie jest taka zła ta sezonowa migracja młodych?

<><>

Pamiętacie jak kupiłam sobie piórka? Później doszły szablony (z All), a dziś dziewczyny robiły ptaszki. Malowały pastelami drewienka, dodawały ruchome oczy i obklejały piórkami. I efekt końcowy jest zupełnie niezły. Więc nawet tak myślę, że przed Wielkanocą zaptaczymy cały dom! :))

Będzie z niej świetna masażystka bo wie jak zadawać ból

– Diabli o Lili 😉

U dziadków złapaliśmy chwilę oddechu, dzieciaki ogołociły jeżynę i ojadły się śliwek i jabłek. A potem do auta i do domu. I wiecie, że wszędzie dobrze, ale w domu….?? 😉

Weekendowe:

A tak wygląda zjedanie KILOGRAMA orzechów laskowych (panny elegancko rozwalały sobie skorupkę kamieniem):

<><>

Lila myje wannę babci (Lutka ma wszędzie błysk). Skończyła i zadowolona mówi:

  • Trochę płynu i woda i aż LŚNI :))

W cieniu Łysej Góry

Po pierwsze i najważniejsze: Świętokrzyskie jest super! 🙂 Jest tak naszprycowane różnorodnymi atrakcjami, że chociaż zobaczyliśmy dużo, mam ogromne uczucie niedosytu. Jak to powiedział przewodnik w Krzemionkach Opatowskich, to wszystko jest częścią wielkiego unijnego projektu uatrakcyjnienia ziemi świętokrzyskiej. Powiem więcej, jeśli macie jeszcze kawałek urlopu to wsiadać w auto i jechać oglądać 😉 A by Wam tę decyzję ułatwić wklejam mapkę proponowanej trasy:

Miejsc noclegowych nie brakuje. My szukaliśmy schronisk i jest ich całkiem sporo. Koniec końców wybraliśmy nocleg w Łagowie. I polecam, bo jest świetny! Pościel czysta, pokoje przewietrzone, a jak Mieszko zaraz po przyjeździe rozwalił sobie łepek (cztery szwy szyte w szpitalu dziecięcym w Kielcach), babki z recepcji błyskawicznie ściągnęły pielęgniarkę, która oceniła stan młodego i zaproponowały, że przypilnują dziewczyny zanim wrócę (bo to było ponad 30 km w jedną stronę, a godzina okolice 21-szej). Byłyśmy też jedynymi mieszkańcami tego 3 piętrowego budynku, więc po prostu dały nam klucze i stawiły się dopiero po dwóch dniach przed naszym odjazdem, dzwoniąc zresztą co chwilę czy wszystko u nas okej i jak się mały czuje.

Dzień I – Krzemionki Opatowskie

Najlepiej zachowane w Europie wykopalisko krzemienia. Największe i nasze. Krzemień potrzebny był do wyrobu narzędzi, a te były konieczne by ciąć drzewa, budować grody i kroić mięso. Wszystkie miejsca, które odwiedziliśmy były idealne dla dzieci do 10 roku życia. W podziemnej kopalni były figury prehistorycznych górników, które miały pomóc w wyobrażeniu sobie jak to było.

Wejście do szybu (zeszliśmy 12 metrów pod ziemię):

Trasa była wydrążona w krzemieniu. To czarne to też krzemień. On był mokry.

Widzicie żółtą linię? Poniżej ścieżka została „dołożona”. Oryginalna kopalnia była płytka i górnicy kopali na leżąco.

A tu prawdziwy rarytas. Na tym kamieniu jest wydrążony symbol. To symbol PRA-MATKI. Czy wyrzeźbił go leżący jak obok prehistoryczny człowiek? Z pewnością tak… Ten symbol jest symbolem całego muzeum.

Potem pokręciliśmy się po Świętokrzyskim Parku Narodowym i na noc zjechaliśmy do schroniska (gdzie nastąpiła wspomniana już atrakcja i dzień zakończył się póóóźno).

Dzień II – Łysa Góra

Schronisko mieliśmy tuż obok, więc wycieczka rozpoczęła się wcześnie. Mieszko miał opaskę na głowie, więc na Święty Krzyż wjechał kolejką za darmo (tak go pożałowano 🙂 Najpierw zwiedziliśmy jednak Osadę Średniowieczną.

Były tam średniowieczny gród, który zamieszkiwali „średniowieczni ludzie”. Śmiesznie mówili (cieśla: „A wiecorem sobie wlaze na poddasek i tam na słomie sobie śpie„) i odpowiednio się ubierali. A Łucja aż wchodziła na drabinie do góry by ten poddasek zobaczyć 🙂

Do cieśli przyszła tkaczka i mówi: Dajcie no mi cieślo, ten patycek do krosen co to mieliśta mi zrobić. Więc poszliśmy do tkaczki, gdzie Łucji utkano troczek.

Zajrzeliśmy też do garncarki, gdzie kupiliśmy sobie wisiorek. Ten najbardziej z prawej. Symbol Swarzenicy – Bogini Słońca. Bo pogoda nam dopisała. Dzwonili do nas co chwilę i pytali się jak sobie dajemy radę w TAKĄ pogodę, ale zdumiona odpowiadałam: ALE U NAS SŁOŃCE! Garncarka opowiadała jakie symbole były używane. Używano symbol Pioruna, symbol połączonych trójkątów, który nie wiadomo co znaczył i siódemkę, która też jest zagadką, bo przecież nie umiano pisać. Wypalano je w ognisku, więc są z sadzą.

Potem przyłapała nas zielarka, która zaprosiła na ucztę przy ognisku, gdzie częstowała podpłomykami z konfiturą i herbatką z pokrzyw i malin a potem po ciekawym wykładzie o ziołach opchnęła mi syrop z pędów sosny na kaszel u dzieci 🙂

Musieliśmy jeszcze tylko pokonać szewca, który kazał Lili szyć buty ze skóry jelenia i kowala, który kazał Mieszkowi kuć młotek 🙂

Później wyszliśmy już z grodu lecz patrzę, że wszyscy idą na ten Święty Krzyż... Wstyd się przyznać, ale ja nie wiedziałam co to jest. Myślałam, że to jakaś górka z kamieniem węgielnym na szczycie. Wsiedliśmy więc w pociąg (2 km to niby niedużo, ale 3 zeta od osoby to jeszcze mniej) i pojechaliśmy 🙂

Na górze okazało się, że to gigantyczny klasztor, z przepięknymi krużgankami (ale bez nawy głównej), ze stoiskami precli, które wszyscy nosili na szyi i… wspaniałe widoki.

Gdy zjechaliśmy z góry i coś tam zjedliśmy byłam tak nakręcona tymi miejscami, że rzuciłam do dziewczyn: 

  • Gdzie chcecie jechać? Do Parku Rozrywki Baby Jagi czy do Parku Miniatur?

Łucja wybrała to drugie (obie propozycje pochodziły z billbordów stojących koło parkingu). Pojechaliśmy, ale jak dotarliśmy na miejsce zaczęłam się śmiać i powiedziałam, że ja tam NIE wchodzę. Spodziewałam się Parku z miniaturami zapewniającymi nam półgodzinny relaksacyjny spacerek, a to był kolejny mega kompleks z atrakcjami na cały dzień 🙂 Dmuchańce, park linowy, wypożyczalnia sprzętu, no i park miniatur zapewniający jakieś dwie godziny przechadzania. Kolejnym razem odwiedzimy 😉

Dzień III – Pacanów

W Pacanowie kozy kują… 

Do Krainy Bajek wchodzi się przez Mysią Dziurkę… Bo to takie prawdziwe muzeum dla dzieci (btw. jak chcecie jechać to pamiętajcie, że trzeba przez net zarezerwować sobie bilet, bo inaczej nie wejdziecie).

Jedzie się tam specjalnym pociągiem, który wzbija się w chmury, albo zagłębia w oceny czy wulkany, gdzie czekają smoki i bazyliszki. Oprowadzają świetni animatorzy i dzieci się autentycznie w te historie wciągają! Jak wjechaliśmy w tę lawę to dzieciom nagle zrobiło SIĘ GORĄCO 🙂

Jest kwiat paproci, który spełnia życzenia…

I czarodziejski pień:

Jest przechodzenie za pomocą czarów przez lustro i bajki ukryte w szklanych kulach…

Ach, no i oczywiście dużo wszędzie koziołków! 🙂

<><>

Najlepszy tekst wyjazdu należy tym razem do Mieszka 🙂 W tym szpitalu mieli taki system, że matka (rodzic) NIE wchodziła z dzieckiem na szycie. Weszła z nim tylko lekarka z pielęgniarką. Ja podsłuchiwałam pod drzwiami. Słyszę jak coś do niego mówią, on odpowiada i słyszę, że płacze. Gdy wyszedł zapytałam: 

  • Misiu, co tam Ci robili???
  • Kapkę*

Czyli czapkę :)))

Tura III – objazdówka

Nie miałam planów na tę końcówkę wakacji, ale świadomość że zostało nam jeszcze całe 10 dni do rozpoczęcia roku szkolnego, zmusiła mnie do działania 🙂 A ponieważ tak fantastycznie odkryłam na nowo schroniska to nieoczekiwany pomysł jest zupełnie racjonalny. 

Na ruszt bierzemy Świętokrzyskie. Łysa Góra, czarownice, sabaty i kulty pogańskich bożków. To jedno. Drugie to wykopaliska archeologiczne przenoszące nas do czasów neolitu. No i Pacanów – stolica bajki. Pagórki spowite mgłą, naturalną energia unosząca się w powietrzu i cień miotły, która może nad nami przelecieć… 😉

Wyjazd jutro rano, trasa jest zaplanowana na 3 dni, a potem jedziemy do dziadków na weekend. Tam ma dobić do nas Diabli i razem wracamy w niedzielę. Dziadki nas chciały zaprosić na ostatni tydzień lata, ale to jeszcze zobaczymy… Bo szkoda mi tych ostatnich ciepłych dni przesiedzieć w domu, więc wolę ruszyć już teraz 😀

<><>

„Mroczna” opowieść z wieczornego zasypiania…

Dziewczyny czasem kładą się do jednego łóżka. Potem w nocy przenosimy każdą na swoje miejsce, co nie jest łatwe, przynajmniej jeśli chodzi o Łucję i wrzucenie jej na pięterko. Łucja lekko i szybko zasypia przy brzęczeniu siostry, lecz dziś rano mi wyznała:

  • Wiesz, jak tak wczoraj zasypiałam i patrzyłam na twarz Lili, to widziałam jak zaczęła się zmieniać w potwora…

Za dużo monster high? :DDD

I rzeczony monster po porannym zbiorze pomidorów wygląda tak:

Foto prodżekt 31

Pierwszy raz na zdjęcia rodziny robione rok po roku trafiłam dwa lata temu. Dostałam meilem linka go strony gdzie hiszpańska rodzina przez 30 lat fotografowała się co roku. W tej samej konfiguracji, na tym samym czarno-białym tle. Dochodziły głowy dzieci, które jak to dzieci na każdym kolejnym ujęciu były coraz starsze. Pamiętam, że doceniłam ideę, ale pozazdrościłam, że mają kogoś kto ich cierpliwie co roku fotografuje.

Temat mi się przypomniał jak przeczytałam o Irinie Werning (btw. jak wrzucicie ją do gogiel obrazów to wysypie Wam jej projektów więcej). I ona ujmuje sprawę szerzej. Po prostu fotografuje ludzi równając ich wizerunek z tym sprzed wielu lat. Do zdjęć przygotowuje się solidnie: plener ma być podobny, jeśli nie identyczny, strój też – bo uwaga widza ma się skupić na człowieku, a nie na szczegółach. Ważne są pozy i ustawienie ciała. I takie coś mogę zrobić. Nie muszę zganiać całej rodziny, ale mogę porównać poszczególnych jej członków.

Najłatwiej oczywiście dzieci 🙂 Jako wersję porównawczą wzięłam fotę, która wisi u nas na ścianie w sypialni. Położyłam tamtą pościel i wynalazłam podobne ubranka. Dziewczyny swoje miały, Mieszka bodziak wyleciał w zimie. Zdjęć zrobiłam wiele…

Ale w końcu się udało 🙂 Tzn. nie do końca, bo Lila i Mieszko mają inaczej ręce, ale to i tak sukces 🙂 Kolejne zdjęcie porównawcze w tej konfiguracji za rok?

CZERWIEC 2012

SIERPIEŃ 2013