Zawsze jak wyjeżdżam od rodziców i tak jestem już z 10 km w trasie, liczę czego nie zabrałam. Dochodzę do trzech i odpuszczam sobie dalsze przypominanie. Tym razem nie wzięłam:
- Kilku naprędce zrobionych słoików owocowych przetworów (dziadki i tak nie jadają, a nam nam schodzą na naleśniki),
- Szczotek i frotek do parowego mopa, bo Lutka ma już nowy i ten który jej zabrałam już u mnie zostanie (wczoraj sobie nawet tak popowrotowo z nim poszalałam 😉
- Oraz o zgrozo… TABLETA!
Detox był straszny. Dziewczyny podbierały mi ciągle komórke, a Lilę przyłapałam jak w wannie jeździła palcem po słuchawce mówiąc: Zaraz przejdę na drugi poziom! Na szczęście dziadek kursujący w te i we wtę w różnych mało ważnych sprawach po Polsce zahaczył o nasz dom i tablet podrzucił. Przy okazji dowiózł też kilo kilka różnych owoców. A, że na forach kulinarnych królują owocowe tygodnie zabrałam się i ja za owocowe ciasta. Na początek klasycznie: pleśniak z czerwonymi porzeczkami 🙂
Pokroiłam, ułożyłam w papilotkach (podejrzałam taki sposób podawania na weselu) i w takiej formie wręczyłam mężowi idącemu do pracy :))

