Jest teraz taki zwyczaj na weselach, że zamiast kwiatów młodzi zamawiają jakiś konkret. Gromadzą wina do domowej winniczki, kompletują domową biblioteczkę, zbierają karmę do schroniska dla zwierząt albo przybory szkolne dla domu dziecka czy też po prostu proszą o kupon na lotka. I to jest bardzo fajny pomysł. Tzn. za nic zamieniłabym naszej góry kwiatów w środku mroźnej zimy, ale jestem w stanie sobie wyobrazić, że jak się ma 300 gości to potencjał na inne rozwiązania jest duży.
Młodzi tym razem prosili:
- o wina (Prosimy kwiatów nam nie kupować, lecz butelką wina nas obdarować.)
- lub książkę (Kochani Goście, Dla nas wyszukanych prezentów nie przynoście, tylko o książki Was prosimy… Swoją biblioteczkę pomnożymy!)
Dostali więc od nas wielką i kolorową Kuchnię Polską oraz kupon na lotka dorzucony do koperty. I mam nadzieję, że przynajmniej czwórkę trafią, bo imprezę urządzili super. Pomyśleli o dzieciach (była animatorka), o pokojach i dopracowali szczegóły. Kolorem przewodnim imprezy był fiolet, więc i bukiet wraz z kwiatami i obrusami były w odcieniach fioletu, i karteczki z nazwiskami na stołach i tablica z rozkładem i gości, i sukienka panny młodej na poprawinach i nawet prezenty weselne dla gości. Prezenty to słodycze (dzieci bukiet lizaczków, a dorośli czekoladowe kulki) w fioletowych mini doniczkach owinięte tiulowym (fioletowym a jakże!) woreczkiem.
Animatorka zarządziła lepienie z ciastoliny, malowanie farbkami buzi, kolorowanie glinianych figurek i malowanie markerami do tkanin… koszulek do spania dla pana młodego i panny młodej! Były również balony we wnętrzu których były ukryte kolorowanki i plac zabaw z trampoliną.
Oddzieciowieni zajadaliśmy więc zupy, polędwiczki i kaczki, dopychając sushi (podobno to coraz częstsze), które było w jednym końcu sali i słodyczami (stół przy ścianie). Pyszne były także ciasta i crem brulee :))

Pogoda była dobra. Nie za gorąco, ale w miarę pogodnie. Super był ozdobiony samochód: miał takie kryształki na przylepce 🙂 Proste i zauważalne :))


Łucja jest już duża i przysięgę rozumiała. Stała przejęta i słuchała. Reszta brygady „znosiła z nudów jajo” :)) Jakby nie było etap w kościele minął szybko i przejechaliśmy do ukrytego w jabłkowym sadzie domu weselnego.


Gdzie w przeciwieństwie do nas, dzieci miały przez dwa dni dietę słodyczową 🙂 Np. Lila (z buzią pomalowaną w tygrysa) zakochała się w czekoladowej fontannie. Maczała w niej maliny nabite na długi patyczek. Maliny zresztą były porozrzucane po słodyczowym stole jako dekoracja i ona je zbierała i się gościła :))

I właściwie z imprezy to już tyle zdjęć. Liczę na fotografów, bo mi rozmazane wychodziły. Trzy jeszcze tylko z dnia kolejnego. Trampolina:

Bańki mydlane w opakowaniu w kształcie tortu weselnego jakie dostawały dzieci do zabawy na dworze. Strasznie mi się ten gadżet spodobał!

I ja z Mieszeczkiem :)) Chodzi o kolor włosów. Dwa dni temu Diabli wymyślił, że mam mieć włosy super jasne, więc teraz to mam taki platnium prawie jak synek!

Wiecie…Lubię jednak wesela! 🙂 Są takie pozytywne i beztroskie. Co tu nie zresztą nie lubić. Są tańce, jest jedzenie i sporo ludzi, których znasz. Wszyscy są wystrojeni i uśmiechnięci. I warto zabierać na takie imprezy dzieci. Dla nich ten tort z fajerwerkami o północy, sterty smakołyków i zjawiskowa panna młoda są jak wyprawa do krainy bajek!
