Tajemnica gałki muszkatołowej

Za bardzo nie używałam gałki muszkatołowej. Do białych sosów. Czasem. Poza tym gdzieś tam w głowie zakodowałam wyznanie jednego znajomego z czasów studenckich, że gałka dobrze „daje”. Trzeba ją tylko z mlekiem zagotować. A ponieważ do używek jestem na duże nie, to nie szukałam dodatkowego jej zastosowania. Ostatnio podejrzałam, że Lutka używa do rosołu. Ściera nad garnkiem kilka wiórów. Rzeczywiście ona rozgrzewa, więc zestaw jest dobry. Używając do rosołów zużyłam cały zapas gałki tartej, a w słoiczku zostały jedynie błyszczące kulki przywiezione gdzieś z jakichś dawnych wojaży. 

Bulgotał ten rosół, więc wzięłam kulkę i zaczęłam ją ucierać na tarce. Zapach był, ale tarło się słabo. Za to w środku coś grzechotało. Jakby nasionko… Pamiętałam, że Lutka ucierała dużo mniejszą kulkę, więc wzięłam tłuczek i łupnęłam tę błyszczącą kulkę. Łup! Skorupka pękła na pół (na dole foto)… W środku było mniejsze nasionko. Właściwa przyprawa! 🙂 Jest super. Aromatyczna i smaczna. Ucieram ją na tarce, ale marzy mi się taka mała tareczka, którą gdzieś kiedyś widziałam 🙂

A do czego używać? Rosół – pasuje, białe sosy- niezbędne, białe mięsa – doskonałe. Gdy robię np. krokiety mielę mięso z zupy, dodaję koperek, mascarpone, żeby nie było za suche, podsmażoną cebulę oraz właśnie gałkę. I to jest danie, którym ostatnio się zajadamy! 🙂

I chociaż śniegu jeszcze sporo leży…

Wrzuciłam do ognia ostatnie polano, więcej drzewa nie na TĘ zimę nie kupujemy, zaczynam więc przygotowywania do wiosny. Pogodynka zapowiada, że do Dnia Kobiet temperatura poniżej -6 nie spadnie, wiec można założyć, że zima zmierza ku końcu!

  1. Minionej zimy Mieszko nauczył się wydmuchiwać nos, co mnie bardzo cieszy, bo Frido-wynalazków nie znosiłam, choć przy Lili było to używane często.
  2. Łucja pokochała golfy i urosła. Dostała na zimę nową kurtkę, zaczynała ją z założonymi rękawkami, a przy tym tempie na kolejną zimę trzeba nową. Przez same ferie urosła 2 cm! Mamy więc czapki, szaliki, solidne rękawiczki, ale na 2013/2014 potrzebna będzie kolejna kurtka.
  3. Lila przeszła zimę bez ani jednego kichnięcia. Po poprzednich latach, gdy katar trwał ciągiem od października do kwietnia to jest gigantyczna zmiana. Czy to wycięcie migdałków, czy dreny – nie wiem, ale podoba mi się to!
  4. Diabli zgubił kolejne dwie czapki, czym utrzymał się w średniej lat poprzednich. Za rok sprawię mu czapkę z brodą :))

Z wiosną zabieram się za siebie. Chcę zacząć się smarować na nowo tym cynamonowym peelingiem, no i muszę z 5 kg zrzucić 🙂 Czyli powinnam też zacząć robić szóstkę Weidera. Od poniedziałku? Od jutra? Spróbuję! 😀

Sobota zręcznościowa!

Jak wracaliśmy z Diablim z czwartkowego spaceru, zajrzeliśmy na małą kawkę do kameralnego centrum handlowego. Siorbaliśmy i przeglądaliśmy gazetkę oraz ulotki leżące obok. Z nich właśnie dowiedzieliśmy się, że w weekend odbędą się tam warsztaty koralikowe dla dzieci.

Stawiliśmy się więc rano i na 3 godziny dziewczyny zapomniały o całym świecie. Po drodze z okolicznej cukierni doniesiono pączki, które niezauważenie zostały pochłonięte. Same zajęcia prowadziła pani jubiler, która słusznie zauważyła, że dziewczynki w tym wieku robią KOMPLETY 🙂 Powstawały więc naszyjniki i bransoletki, kolczyki i wisiorki! Muszę sobie to święto zaznaczyć i za rok też tam pojedziemy! 🙂

Co ciekawe wyroby Łucji są różnokolorowe, lecz symetryczne i sparowane, natomiast Lili są KRYSZTAŁOWE 🙂 Czyli do tworzenia używała tylko koralików przezroczystych o jednym kształcie 😉

Update: „To były piękne warsztaty!” – powiedziała kolejnego dnia Lila 😉

dwa tygodnie po odstawieniu

Noc. Okolice sądzę 5 rano… Mieszko bezgłośnie wychodzi z łóżka i idzie do naszej sypialni. Kładzie się obok mnie, podwija mi bluzkę i zaczyna mnie GŁASKAĆ :))) Uwielbiam go! 

Mam koleżankę co skończyła karmić we wrześniu. I pół roku później cały czas kładzie się spać w golfie i ogrodniczkach. I teraz już wiem dlaczego 🙂

 

Zakochani?

Świętujemy, nie? Dziewczyny wyposażone w zrobione jeszcze u dziadków walentynki ruszyły! Karteczki z wyznaniem „Bądź moją Walentynką” dostaną koleżanki w przedszkola i osiedla. Dwie walentynki wręczy też Mieszko. Przyszykowały mu je siostry i adresatem jest kolega oraz kuzyn. Jego dedykacja to: „Szczęśliwych Walentynek”! 🙂 Ode mnie dostały malutkie kwiatki w doniczkach i krokusa owiniętego w papier w serduszka (Mieszko). Diabli kupił dzieciom opakowanie żelków w kształcie serca 🙂

A my? A my planujemy wybrać się dziś jakoś na podwójny tylko romantyczny spacer! Bo każda okazja jest dobra na dodatkowe miłosne wyznania! 🙂

Łazienkowy placek

Był taki film kiedyś z Harvey Keitelem. „Dym” czy jakoś tak. Ciężki, przegadany i niezrozumiały. Ale jeden tekst zapamiętałam. Opowieść o tym jak główny bohater leciał samolotem. Leciał długo i postanowił pójść do łazienki. Stoi i czeka, te harmonijkowe drzwi się składają i z łazienki wychodzi dziewczyna. Przepiękna. Zjawisko… I uśmiecha się do niego. Bohater wchodzi po niej do łazienki i widzi, że na zamkniętej klapie jest kupa. I zastanawia się co zrobić. Zostawić i wyjść a tym samym zaryzykować, że będzie na niego, czy sprzątnąć… I sprząta. 🙂

<><>

Kiedy coś zbroją i pyta kluczowe pytanie: Kto TO zrobił?!??! obie panny jednogłośnie odpowiadają: To nie ja! Po czym Sprawca_ Aktualnego_ Przewinienia dodaje: To Mieszko! Nie_ Mogący_się_Obronić podnosi wtedy głowę znad brum-brumów i czasem rzuca: Dada! (czyli siostra). I można tak spokojnie wszystko na tego niewinnego brata spychać oprócz spraw… nocnikowych. Bo Mieszko, chociaż ma 2 lata odpieluchowany nie jest. Mam ci ja swoje super metody, które będę na nim latem testować.

Więc wszelkie rozwinięte rolki papieru, niespuszczona woda, zasikany chodniczek, itp. są tymi sprawkami dziewczyn, które nie da się zepchnąć dalej. Właściwie, nie tyle sprawkami dziewczyn, co sprawkami Lili. Ona jest jak ta laska z „Dymu”: wygląda tak, że nie podejrzewasz, że ona w ogóle bąki puszcza, a potrafi zostawić za sobą zniszczenia przy których 111 na ścianie to banał… Przy czym traktuje tę część życia lekko i naturalnie, wyznając np.: Wycisnęłam jednego groszka, resztę zrobię później...

Wparował wczoraj Diabli do dużego pokoju z dywanikiem z łazienki. 

  • Która zrobiła kupę na dywanik?!!?
  • TO NIE JA!- zabrzmiało jednogłośnie. 

Ale ponieważ wiemy KTO, to Diabli kontynuował:

  • LILIANA!!! To Ty?!?
  • Nie.
  • Wiem, że to TY!!! Nie kłam! Czy potrzebujesz czegoś w łazience?! Czy chcesz jakiś podnóżek, nakładkę??? Dlaczego tak się stało??
  • Och, po prostu strasznie mi się chciało i nie zdążyłam.
  • A w przedszkolu tak Ci się nie zdarza??!
  • Nie… Bo tam nie ma dywanika.

Masz babo placek 🙂 Wszystko przez ten dywanik!

Kto zjada ostatki…

Nie wiem czy obserwujecie jaki konkurs urządził jeden polski giga market ze sprzętem. Wybierają osobę (z nadesłanych zgłoszeń) i dają jej 150 sekund na buszowanie po sklepie. Czyli 2,5 minuty. Wszystko co w tym czasie wyniesiesz jest Twoje. Nieźle by było. Chciałabym laptopa, żebyśmy sobie nie wyrywali tego jednego co go mamy, nową komórę, no i może jakiś obiektyw, którego nie mogę sobie od lat kupić? Ach i przy wyjściu złapałabym też czajnik. I nową maszynę do chleba, albo ekspres do kawy 🙂 Diabli zamierza się zgłosić, lecz by zwiększyć szansę naszej rodziny na wygraną kazał też zalogować się na stronie MI 😉 Ale nie zrobię tego. Nie chodzi o poczucie godności, na które zawsze można się powołać (a to wykręt uniwersalny), ale to jest ekstremalne obciążenie organizmu! Widzieliście filmik z Niemiec? Tego gostka co „wyniósł” z Saturna sprzętu za 29 tys. Euro (120 tys PLN)? Wygrana mu się należała – gość jest niesamowity! On jest tak przejęty, zresztą ma świetny plan i na bank odwiedził wcześnie sklep by przygotować sobie trasę, że nawet nie ma siły się cieszyć. Nie chodzi o bieg przez 2, 5 minuty, ale o te emocje. Są niewyobrażalne! 🙂

<><>

I tak ostatkowo, bo dziś w końcu ostatki, Lila-pszczółka.

I jak zapewne się domyślacie widząc Lilę przebraną – w strój wskoczyła też Łucja! A balony dostaliśmy od pani dyrektor z przedszkola, która ogarniała salę po balu i jak nas zobaczyła to powiedziała: Weźcie sobie balony, bo Was jest DUŻO :))

Potem tatin nakroił melona i nawet KRÓL SŁOŃCE uszczknął kawałek… A potem znowu wrócił do zabawy małpką 🙂

I jeszcze foto po kąpieli. Rozdzielić to towarzystwo na noc nie sposób! :)) Btw. śmieszna była akcja, jak pewnego razu poszłam z dziewczynami na jakiś bal i Diabli kładł Mieszka spać. I okazało się, że o ile w dzień jeszcze daje sobie radę bez nich, to wieczorem zupełnie nie wie co dalej. Wszedł do wanny i siadł na półeczce. Nikt go nie ochlapywał i po prostu nie wiedział jak się umyć! 🙂

Moleskine

Przyuważyłam u dziadków na feriach niezwykłe kalendarze. Każde miało swój i co któreś układało sobie kupkę do zabrania do pracy, to na szczycie leżał właśnie taki kalendarz. Super układ stron… Po jednej stronie cały tydzień, a na drugiej stronie czysta kartka z liniami. I taki kremowy papier z zaokrąglonymi rogami. Wyglądało to jak gruby, zszywany brulion, obwiązany gumką… Lutka przyuważyła, że oglądam i mówi:

  • To jest super kalendarz!
  • Jest rewelacyjny! Skąd takie macie???
  • Dostaliśmy. To kalendarz Moleskine.
  • Jest fantastyczny!

Wstyd, shame i porażka, że rodzice odkryli taki fajny wynalazek przede mną… Notatniki Moleskine, były uwielbiane przez arystów takich jak Picasso, Van Gogh czy Hemingway. Korzystali z nich pisarze, projektanci i rysownicy. Legenda umiejętnie podtrzymywana przez producenta sprawiła, że to najbardziej pożądane notatniki i kalendarze na świecie. W lutym sobie już nie będę głowy zawracać, ale na 2014 muszę taki mieć! Btw. tradycyjnie sprawdziłam ceny i jakbyście zapragnęli taki mieć to polecam zdecydowanie zagraniczne portale ebayowo-amazonowe (co najmniej 30% do 50% taniej). Sam kalendarz można kupić w wersji reporterskiej, dziennikarskiej, telefonicznej czy podróżniczej (z mapami, na których można zaznaczać). Są dzienniki, kalendarze i notatniki. Gładkie, w kratkę, lub w linię… Taki kalendarz to można nawet niczym pamiętnik przechowywać! 🙂

Grunt to dobry plan ;)

Babcia zagadała do wnuczek:

  • O czym rozmawiacie dziewczynki?
  • Łucja: O miłości…
  • Babcia (naiwnie): Takiej do rodziców?
  • Lila: Nie. Takiej do chłopaków.
  • B: Tak??
  • Ł: Bo ja kocham Bartka, ale to nieszczęśliwa miłość.
  • B: On chodzi z Tobą do szkoły?
  • Ł: Nie. On chodził ze mną do przedszkola.
  • B: To pewnie go już nie spotkasz…
  • L: Nie! Bo jego brat Kuba, chodzi ze MNĄ do grupy!
  • Ł: I mamy plan! Że zrobimy imprezę…
  • L: I ja zaproszę Kubę, żeby przyszedł z bratem! 🙂

Xīn Nián Kuài Lè!

Jutro zaczynają się wielodniowe obchody powitania Chińskiego Nowego Roku. Kończy się Rok Wodnego Smoka, a zaczyna się Rok Wodnego Węża, nazywanego zresztą przez chińczyków małym Smokiem. Dużo było na blogu tych azjatyckich akcentów ostatnio, więc pewnie wiecie, że postanowiliśmy Nowy Chiński Rok odświętować. Zaprosiliśmy sąsiadów i urządziliśmy imprezę! Nie mam za bardzo zdjęć, więc tylko tak archiwizacyjnie. Potrawy zrobiliśmy podobne jak na urodziny Lilki rok temu. Dwie super gęste zupy: tajską i chińską. Na deser Diabli przygotował swój popisowy ostatnio przysmak: parfait z malinami. Było więc jedzenie (dzieci dostały naleśniki), dużo rozmów i wróżby z moich chińskich ciasteczek (dla mnie zostało: Kto w milczeniu czyni dobre uczynki, zbierze plon życia wiecznego…:)  

Nie dotarły wielkie lampiony, które puszcza się w niebo (pięć tygodni już idą), ale w sumie to dobrze, bo Mieszko jest podziębiony i ubieranie się w kurtki oraz wychodzenie na dwór to niepotrzebna atrakcja. Nieoczekiwanie przybyły natomiast zamówione na urodziny Lilki pompony (szły tydzień). Mix dekoracji był więc w kolorach niebiesko-zielonym. Były serwetki we wzór bambusa i była chińska nalewka, którą dał nam Krzycho. Dziewczynki miały chińskie sukienki, a ja miałam wielką bizutową kolię we wspomnianych już kolorach 😉

Wszystko oczywiście wyszło super, było dużo dzieci (bo aż 9!) a panny się sprawiły jako gospodynie. Jedzenia musimy na przyszłość robić więcej, bo zjedli wszystko, lecz wychodzić nie chcieli! Btw. te fortune cookies to świetna zabawa była i o dziwo każdy wylosował coś do czego mógł się odnieść. Diablemu trafił się np. tekst z Robin Hooda: „Szczęściu trzeba pomóc, bo inaczej odejdzie” 🙂 I ten rodzaj imprezy, wypadający gdzieś na w połowie lutego bardzo chętnie wrzucę do grafika cyklicznych corocznych przyjęć! 😀